"Wizja lokalna" by Stanisław Lem
Zaktualizowano: 2 sie
Stanisława Lema czytam jakby wbrew sobie, starając się przekonywać, że warto ponieść trud przebijania się przez naukowe opisy, aby poznać powód, dla którego pisarz ten został zapamiętany jako geniusz. Do tej pory różnie to bywało z moim odbiorem jego dzieł, niczego więc już nie byłem pewien, tylko zebrałem listę książek mi poleconych, raz na jakiś czas kupuję nową w antykwariacie, mając jednak na uwadze, że może to być niełatwa do przebrnięcia lektura, podobna bardziej do "Głosu Pana" albo nawet "Opowieści o pilocie Pirxie", aniżeli do takiego na przykład "Kongresu futurologicznego". Nie miałem najmniejszego pojęcia, o czym będzie "Wizja lokalna", a co gorsze, pierwszy rozdział pt. "W Szwajcarii" dodatkowo upewnił mnie w przekonaniu, że pomimo dobrego humoru, będzie to jakaś narkomańska wizja, za którą nie da rady podążyć zdrowy umysł.

Było nawet jeszcze gorzej, bo w drugim rozdziale zaczęły się nie tylko elementy mocno futurystycznej fantastyki, ale też pełno wymyślonych słów i zdarzeń, jakich zapamiętanie nie wchodziło nawet w grę. Nawet do teraz nie wiem, po co komu ten pierwszy rozdział, skoro w następnym "Instytut Maszyn Dziejowych" nie widzę powiązań. Zainteresowały mnie opisy obcej cywilizacji i sposobu poznawania jej przez przyszłą ludzkość. W tym aspekcie Lem przeszedł samego siebie. Do tej pory myślałem, że nic bardziej udziwnionego od narkotycznych wizji "Kongresu..." nie przeczytam, ale to...
Jest jednak trochę elementów w "Wizji lokalnej", które nie ułatwiają cieszeniem się tą książką, a przynajmniej, jeśli podejść do niej tylko raz. Nie zdradzając fabuły, napiszę tylko, że w tym rozdziale główny bohater zapoznaje się historią dwóch bliskich sobie cywilizacji pozaziemskich, które przypominają karykaturę człowieka połączonego z ptakiem, absurdalnie udziwnioną. Znany czytelnikom Lema Ijon Tichy ma za zadanie sprostowanie pomyłki w relacjach Ziemian z odległą cywilizacją i samo w sobie to już jest zabawne, ale ja nie byłem w stanie nie tylko zapamiętać wszystkich nowych informacji, ale nawet ich sobie wyobrazić. Nie wiedziałem, do czego to wszystko ma zmierzać, na co zwracać szczególną uwagę, a co można pominąć, aby skupić się na istotnych dla głównego wątku opisach. Tylko, że nadal nie wiedziałem, co będzie głównym motywem powieści, bo do tej pory wszystko wydało mi się losowe i niepowiązane ze sobą niczym konkretnym poza głównym bohaterem.
Dopiero w trzecim rozdziale pt. "W drodze" złapałem bakcyla i to na poważnie. Otóż jedną z możliwości ziemskiej technologii przyszłości wg autora będzie możliwość zgrania na nośnik danych umysłu dowolnej osoby w celu dyskutowania z nią podczas długiej podróży międzygwiezdnej, ograniczając wiedzę takiego sztucznego umysłu do czasów, w której dana osoba żyła. Ijon Tichy wybiera kilku filozofów, naukowców, paru znajomych i Szekspira. Szybko robi się z tych dyskusji pretekst do sprowokowania wielu interesujących wątków, takich jak tak zwana etykosfera i sztuczne środowisko, granice ingerencji w naturę, rola rozumu i poznania oraz najciekawsze dla mnie na koniec, czyli krytyka cywilizacji i kultury zakończona sprzeczką. Prawdziwa zabawa rozpoczyna się, gdy Tichy postanawia włączyć kilka takich "sztucznych inteligencji" (swoją drogą, Lem przewidział to dosyć dokładnie, bo to jak rozmowa z Chatem GPT),aby sprzeczały się między sobą. Dla samego tylko rozdziału trzeciego warto "Wizję lokalną" posiadać na półce w domu – to uczta intelektualna i do tego niezła komedia.
Rozdział czwarty o tytule takim samym jak książka, to już właściwa część powieści, bardzo obszerna, tak że poprzednie zdają się być jedynie zabawnym wstępem do niej. Kolejny raz moja wyobraźnia nie była gotowa na te szalone pomysły i opisy obcej cywilizacji, ale szybko załapałem, że będzie to konflikt bratobójczy dwóch spokrewnionych ras, które zostały dawno temu podzielone i rozdzielone wielką wojną. Obie żyją na zupełnie różnym etapie rozwoju, a wszystko jest analogią do walki dwóch kultur albo raczej dwóch mocarstw – jak ulał Związek Radziecki kontra kapitalistyczny Zachód. Miejscami jest bardzo zabawnie. Czułem się, jakbym czytał opis turysty, który zgubił się gdzieś na odludziu Korei Północnej i pytał tamtejszego wieśniaka o życie tam.
Kiedy tak myślałem, że to będzie taka podróż przez odludzia i bagna, prawdziwą atrakcją okazał się być ten drugi świat – cywilizowany aż do granic możliwości. Nigdy jeszcze nie spotkałem się z tak odważnym spojrzeniem wprzód na naszą cywilizację. Napisałem "naszą", no bo nie będzie tajemnicą, że w każdym dziele science-fiction pod postacią nowych planet i obcych, autorzy przemycają myśli o nas samych – o ludzkości rzecz jasna.
Tu chcę napisać więcej o szczegółach, bo nie przekonam nikogo nowego do tej książki, ani zabawnym pierwszym rozdziałem, ani dziwnym i szalonym drugim, a zapewne nawet wspaniałym komediowo-naukowo-filozoficzno-moralnym rozdziałem trzecim. Natomiast rzecz o cywilizacji, która w nauce i rozwoju dawno temu przekroczyła wszelkie bariery, to coś dla mnie nowego. Nie spotkałem się z tak daleko idącymi wnioskami na temat braku granic rozwoju technologicznego nigdzie indziej, no i aż dziw mnie bierze, że nikt jeszcze nie postarał się zrobić o tym filmu – choćby animowanego, jak "Kongres". Ten rozdział, czyli właściwa część powieści, to prawdziwa uczta dla czytelnika science-fiction, chyba nawet rzecz obowiązkowa dla fanów fantastyczno-naukowej dystopii, jeśli tym razem nie samej antyutopii. Rzecz bowiem nawet nie o kontrolowanym społeczeństwie żyjącym wygodnie, pozbawionym natomiast wolności, ale o konsekwencjach rozwinięcia systemu na kształt sztucznej inteligencji na poziomie atomów, wnikającej nie tylko w każdy przedmiot, ale tworzący przedmioty, materiały, a nawet istoty żywe. To byłby szok, gdyby autor zaczął opis już od tego poziomu, dlatego główny bohater poznaje krok po kroku tę zaawansowaną technologię, bo jest mu dane poznawać ją trochę osobiście, pytać o nią przedstawicieli obcej cywilizacji, dowiadywać się o jej genezie, konfliktach wewnętrznych spowodowanych radykalnie innym podejściem do jej stosowania.
Zauważmy, że typowe science-fiction o obcych cywilizacjach zazwyczaj bardzo zawęża obcy ludziom gatunek pozaziemski do czegoś na kształt jednomyślnego roju. Czasami zdarza się ukazać dwie strony konfliktu, a tutaj mamy do czynienia nie tylko ze śmiertelnie podzieloną rasą, oddzieloną od siebie całkowicie efektem użycia czegoś na kształt broni ostatecznej (jednak nie bomby atomowej, rozwiązanie jest znacznie ciekawsze!), ale nawet wewnątrz tej wspaniale rozwiniętej naukowo cywilizacji ujawniają się wojujące ze sobą grupy. Różnice między nimi pojawiają się na płaszczyźnie etyki i religii. Nie jest to cywilizacja, jaką widziałem gdziekolwiek indziej u twórców filmów, gier, komiksów. To cywilizacja tak doskonała pod względem wygód, zdrowia i bezpieczeństwa oraz czystego dobrobytu, który postępując szybko, doprowadził do degeneracji gatunku. To świat, który nie pozwala na cierpienie żadnej jednostki społecznej, ani jej śmierć – choćby nawet ktoś jednak o nią błagał. To nieśmiertelność w iście piekielnej formie.
Słowotwórstwo Lema zostaje tu mocno rozwinięte. To charakterystyczne dla niego zamienianie znaczeń słów, wiązanie dwóch odległych znaczeniowo wyrazów w jeden, zabawa słowem na wyższym poziomie – tego jest w "Wizji lokalnej" multum, na tyle dużo, że autor dodał na jej zakończenie słownik (autentycznie śmieszny). To tworzenie słów może być nawiązaniem do typowo sowieckiego tworzenia głupich skrótów, które miały łączyć różne wyrazy w jeden, jak: komintern, agitprop, komsomoł, kołchoz, itd. Ma to natomiast wyraźny powód, którym jest niemożność przetłumaczenia bardzo odległej nam rzeczywistości na język ludzki. Powstają więc naprawdę idiotyczne sformułowania, które są atrakcją książki samą w sobie.
Tuż po przeczytaniu nie miałem dość. Chyba pierwszy raz zdarzyło mi się mieć pewność, że do właśnie co przeczytanej książki będę chciał wrócić. Tylko w ten sposób w pełni ją zrozumiem. Drugi rozdział mogę ogarnąć rozumem dopiero, kiedy znam czwarty. Wiedząc bowiem, do czego to wszystko zmierza, następnym razem zwrócę większą uwagę na szczegóły. Ta książka to jakieś szaleństwo. Niby śmieszna, ale śmiertelnie poważna – jeśli tylko zrozumiemy, że to wszystko to naprawdę o nas samych i naszej przyszłości. To wniknięcie w naturę ludzką, brutalny eksperyment, który pokazuje, że kiedy wszyscy dostajemy wszystko i niczego nam już nie brakuje, jedynym szczęściem jednostki pozostaje zadawanie bólu innym, odbieranie dóbr pozostałym. System doprowadzający do tego powszechnego szczęścia, będzie musiał w pierwszym rzędzie tworzyć sztuczne przeszkody, bo ludzie nie są stworzeni do wygody i braku wysiłku. Ale też chronić nas przed samymi sobą, bowiem szczęście należy się i tym zwyrodnialcom, których uszczęśliwia tylko dręczenie i zabijanie. Koniec końców pozostaje nam przestać być ludźmi, jeśli nadal tak bardzo wierzymy w ideologię powszechnego dobrobytu.
Lipiec 2026




Komentarze