Życiorys
(czyli moja historia w trybie "fast forward")
Dzieciństwo mija dosyć szybko, za to nawet jeszcze szybciej mija teraźniejszość.
Nie pamiętam wiele, także będę improwizował.
DZIECIŃSTWO
Napiszę w dużym skrócie coś o sobie. Zwiedzając muzeum mojej młodości, warto zwrócić uwagę na obraz przedstawiający mnie w bluzie z napisem "turbo" oraz postkomunistyczne dzieło poniżej, przedstawiające beztroskie lata podstawówki.


Fajna była z nas paczka, a z paroma osobami z drugiej klasy szkoły podstawowej znam się do dziś.
Jednak czas ganiania z plastikowymi pistoletami i pięknego grania w piłkę minął, więc od teraz zaczynają się te nudniejsze rzeczy.
LICEUM
po szkole podstawowej (a nawet trzech) przychodzi pora na wybór szkoły średniej. To strasznie trudne, bo w takim wieku tylko nieliczni wiedzą kim na pewno chcą być w przyszłości. Ja (tak jak wszyscy, których znam) nie mieli pojęcia co ze sobą począć. Większość wybiera ogólniak, bo daje prestiż i nie zmusza za szybko do myślenia nad kierunkiem nauki. Ja przytaknąłem, kiedy mama stwierdziła, że handel to dobra fucha, "bo nawet w przypadku wojen handel kwitnie". Na wojnę się nie zapowiadało, ale ponieważ Liceum Handlowe nr.6 przy ulicy Ratuszowej było w dogodnym miejscu od warszawskiego Tarchomina, nie wahałem się przy wyborze prawie wcale. Dziś bym się już wahał.

Chociaż ciężko było - jak to zwykle na początku bywa - to głównie dzięki mojemu najlepszemu koledze Konradowi "Żółowikowi" W. (na zdjęciu stoi za mną), polubiłem szkołę po roku nauki, tak że dziś mam z nią miłe wspomnienia (o tych niemiłych staram się zapomnieć). To chyba był jeden z lepszych okresów w życiu, bo po raz ostatni byliśmy tam wszyscy traktowani jako dzieciaki.
PRAKTYKI
Teoretycznie ważniejsze momenty w czteroletniej nauce to praktyki. O ile niewiele dobrego można powiedzieć o praktykach w Makro Cash & Carry i sklepie spożywczym na Bródnie, tak o tyle praktyki w Urzędzie Skarbowym były znakomite.
Trafiłem do działu, w którym pomagaliśmy jakimś nieświadomym biurokratycznych pułapek ludziom w wypełnianiu PIT'ów, ale także poznawaliśmy zasady działania Urzędu przy ulicy Dąbrowszczaków. Każdy wie, jak działają państwowe urzędy, nie będę usprawiedliwiał pracowników, choć osobiście trafiłem na miłych ludzi.
MATURA
Zdałem egzamin zawodowy, choć było trudno i nie wspominam tego dobrze. Dało mi to mało jakże praktyczny tytuł "technika handlowca". Ważniejszy był dla mnie egzamin dojrzałości. Niestety nie byłem zachwycony oceną, bo mam w życiu tak, że sam utrudniam sobie drogę. Wybrałem celowo trudniejsze zestawy żeby udowodnić, że potrafię więcej niż inni. Zawsze szedłem pod górkę. Najlepsze jest to, że kilka miesięcy przed maturą nie wiedziałem, że w języku angielskim są jakieś tam czasy i do tego inaczej się odmieniają! To jednak wystarczyło na ten poziom nauki. Dobrze, że słówka znałem z gier i filmów, łatwiej było mi się połapać w gramatyce na ostatnią chwilę. Ustny z angielskiego był niezapomniany! Trafiłem tekst o weselu i małżeństwach. Zapytany przez panie egzaminatorki, co sądzę o małżeństwie mówię: "uważam, że małżeństwo potrafi zepsuć związek, bo ludzie po małżeństwie czują się na siebie skazani" (czy coś w tym stylu). Nie pomógł fakt, iż tekst był gramatycznie poprawny. Okazało się, że wszystkie egzaminatorki były mężatkami i po wspólnej wymianie zdań, jednomyślnie zakończyły egzaminatorską katorgę, wystawiając ocenę dostateczną. Chciałbym móc się wrócić w czasie.

WSP
Choć reklama w szkole średniej zasadniczo różniła się od tej w szkole wyższej, to była ona kierunkiem który wydawał mi się odpowiedni dla takiej osoby jak ja. To młody kierunek, bardzo nowoczesny, ogólny i obszerny pod względem przedmiotów humanistycznych. Wyższa Szkoła Promocji, umiejscowiona w samym Centrum Warszawy, zrobiła na mnie spore wrażenie. To pierwsza szkoła w Warszawie kształcąca w specjalności "organizacja reklamy" - no cóż, przecież "jeśli nie jesteśmy najlepsi, bądźmy przynajmniej pierwsi". Nie mam zamiaru oczerniać szkoły, wręcz przeciwnie. Słysząc o tym jak wiele szkół traktuje swoich uczniów, ja osobiście jestem zadowolony, choć oszustw ze strony szkoły było niemało. Jednak dobór nauczycieli i przedmiotów sprawił, że choćby dlatego nie mogę tej szkoły nie lubić.
Tam odkryłem co to jest psychologia, historia sztuki, kulturoznawstwo, filozofia, etyka, poznałem ciekawe programy komputerowe - głównie graficzne. Także cenię sobie marketing, teorię reklamy, kulturoznawstwo, język angielski, media i kilka innych. Nasz rektor Adam Grzegorczyk rzadko mylił się co do wyboru wykładowców i nauczycieli, zatrudniał najbardziej uznanych. Za to zalazł za skórę osobom, których był promotorem i nie tylko im. Nawet z przedmiotów, których nie lubię mam dobre wspomnienia dzięki wspaniałym nauczycielom. Były też przedmioty beznadziejne pod każdym względem, wszystko zależy od gustu. Ja na przykład nie toleruję negocjacji oraz zarządzania, z trudem je zniosłem. Co by nie zachwalać już za wiele, taka szkoła to już nie to samo co średnia i podstawowa. Ludzie byli różni, większość studentów to dzieci bogatych rodziców, którzy więcej przeszkadzali, które robią dużo hałasu i nic poza tym.

THE WARSAW VOICE
Dobrze wspominam praktyki w Warsaw Voice S.A. Jest to wydawca tygodnika "The Warsaw Voice" skierowanego głównie do inwestujących w Warszawie obcokrajowców, a także dla zwykłych turystów. Cieszyłem się jeszcze przed tymi praktykami, bo czytałem wówczas tę gazetę ze względów językowych. Dzięki miłemu towarzystwu w samym oddziale WV Marketing, które zajmuje się Public Relations oraz biurze odpowiedzialnym za suplementy dotyczące różnych krajów spędziłem czas na tyle miło, iż uważam wakacje 2003 za najlepsze. Praktykowałem grubo ponad miesiąc i gdyby nie to, że zająłem się robieniem strony internetowej zostałbym dłużej. To nie jest praca życia i coś ważnego, ale obcowanie w biurze z różnymi nowymi dla mnie ludźmi (zamiast spędzania wakacji nad morzem) było fajną sprawą, czymś innym niż zwykle.
Teoretycznie pracowałem od godziny 10:00 do 17:00, ale czasem wcześniej, czasem później - to był duży plus, bo pracownicy nie mieli takiej laby.
LICENCJAT
Widziałem w Internecie pracę magisterską pisaną na państwowej uczelni, słyszałem jak wyglądają inne, np. na wydziale dziennikarstwa. Nikt mi nie powie, że nasz licencjat to poziom taki, jak to sobie wszyscy wyobrażają. To byłoby najgorsze pół roku życia, gdyby nie znakomita atmosfera w uczelni. Zdarzało się, że pisałem pracę ponad 24 godziny na bez snu, kilka dni łaziłem w mrozie do firmy CD Projekt, żeby tylko uzyskać jakieś informacje z pierwszego źródła. Trudy pisania pracy pt. "Internet jako narzędzie komunikacji firmy na podstawie gry komputerowej Wiedźmin" zostały mi wynagrodzone nawet oceną dobrą na egzaminie. To był horror, strach i panika. Jest tylko jeden plus. Nie boję się magisterki, bo teraz to "pikuś" po tym co napisałem, tak więc bez trudu przy nadmiarze czasu napisałem dwie takie prace innym osobom. Sam jednak miałem już dość szkoły raz i na zawsze. Tu jest mały dowód moich osiągnięć, kliknij tu.
PLAY
No i doczekałem się w końcu. Oto byłem stażystą w firmie "Play Sp. z o.o." i było mi z tym dobrze. Nie spodziewałem się nawet, że kiedyś będę odpowiedzialny za takie rzeczy jak pozyskiwanie licencji na fabułę komiksów, szukanie developerów do gier na telefony komórkowe i wiele innych rzeczy, które wcześniej wydawały mi się abstrakcyjne. Cóż, kokosów nie zarabiałem, ale to jest cena za robienie tego co się lubi. "Może nie jesteśmy najlepsi w branży gier, ale wszystko przed nami". Poniżej widać moje pierwsze prawdziwe miejsce pracy. Zdjęcie jest też linkiem do PDF, który znalałem w archiwum. To mój pomysł na reklamę radiową gry do nowej wówczas gry firmy Play pt. "Tytus, Romek i A'Tomek".
Nieraz miałem ochotę napisać o wszystkim tym, co mnie w tej firmie wkurzało, ale po zastanowieniu nie będę o tym pisał, bo kiedyś i tak wspomnę tylko miłe chwile - żadne inne mnie nie interesują. Nie żałuję, że tam trafiłem. Mogłem gadać z ludźmi z całego świata o pieniądzach (pierwsze negocjacje cenowe w języku angielskim) jakie mi osobiście się mogą się tylko marzyć. Miałem wpływ na to, co wydajemy, pisałem teksty na strony internetowe, tłumaczyłem na angielski gry i strony internetowe, testowałem gry na długo przed ich premierą, rekrutowałem osoby, utrzymywałem kontakty z firmami za granicą. To się nazywa praca! Ale nie zaakceptowałem dealu pomiędzy mną a pracodawcą już po zakończeniu stażu.
CENTRUM INFORMATYKI GRUPY PZU S.A.
Firma PZU jest pierwszą tak ogromną instytucją w jakiej miałem okazje się znaleźć. Budynki przypominały te z filmów amerykańskich, gdzie przy każdym wejściu czyhają głodne kart magnetycznych mroczne czytniki. Brakuje ich tylko w ubikacjach.
Z pamiętnika pracownika korpo: W środku panuje paranoiczna zasada bezpieczeństwa danych, także trzeba wyjątkowo uważać na wszystko, czego się człowiek dotnie - nie mówiąc o nieludzkiej zasadzie comiesięcznej zmiany hasła i blokowaniu konta po wpisaniu niewłaściwego "zaczarowanego słowa". Podsumowując - jak w laboratorium Hi-Tech. Zarobki przyzwoite, godziny pracy, dojazd i ogólne warunki sprawiedliwe. Praca dla niektórych łatwa, dla innych nie, ale dla każdego tak samo męcząca. W moim przypadku praca na stanowisku "operator bazy danych". Wspominałem już, że jestem niewolnikiem komputera? Aha, no i awansowałem na "młodszego specjalistę". Co prawda nie czuję się specjalistą, ale na pewno czuję się młodszy.
MEDIA DEI & ALLCO
Czekając na wyjazd z tego kraju zahaczyłem na chwilę o wolontariat w redakcji "Media Dei Sp. z o.o.". Zaintrygował mnie fakt, że była to redakcja upadłego pisma "Ozon", które bardzo lubiłem. Pisałem teksty promocyjne, wyszukiwałem adresów i robiłem kilka rzeczy, którymi mógłbym się pochwalić tylko w Kościele. W końcu chyba oczekiwane przez nas pismo "TyGODnik" nie ujrzało światła dziennego, sprawa ucichła, a ja nadal czekałem na wyjazd za granicę. Poznałem tam też Janusza Palikota - jednego z inwestorów, który po latach okazał się być jakimś "politycznym antychrystem". Dobrze, że nie podałem mu ręki.
Później, także bardzo krótko, pracowałem w Sądzie Okręgowym (paradoksalnie - na czarno!) dla prywatnej firmy, która wygrała przetarg na inwentaryzację budynku. Pracowałem głównie w MS Excel, ale redagowałem też umowy. To co mogę pozytywnego powiedzieć o tej kilkutygodniowej pracy, to większa wiara we własne możliwości, lepsze poznanie Excel'a i przyjemność z bycia docenianym. Pracowałem znacznie powyżej normowanego czasu pracy, raz nawet prawie całą dobę, co nauczyło mnie doceniać wolny czas, ale też uodporniło mnie na nadgodziny, które już nie robią na mnie większego wrażenia. Aha! Przejść się po ciemnych i pustych korytarzach ogromnego budynku w środku nocy jest inspirującym doświadczeniem. Bardzo polecam, bo daje mocniejsze emocje, niż większość współczesnych horrorów.
NEWPARK HOTEL
W maju 2007 po przyjeździe z Londynu do Irlandii, dzięki koleżance Karolinie, od razu z miejsca dostałem pracę w czterogwiazdkowym hotelu Newpark jako tzw. "Cutlery & Glass Maintenance", choć głównie wykonywałem stosunkowo łatwą pracą Kitchen Portera.
W większości pracowałem z Polakami i Czechami, w mniejszości z Irlandczykami. Zarabiałem wówczas rekordowe sumy, jakich wcześniej nie mogłem zarobić, dlatego też doceniałem to (chociaż płaca była prawie minimalna, a godziny pracy niewygodne). Zbierałem pieniądze na szkołę, samochód, komputer. Na koniec września zacząłem chodzić na kursy angielskiego - FETAC level 4 z 6 podstawowych (jest też 7, ale ostatni jakiś specjalistyczny). Skończyłem, ale wyjeżdżając w styczniu i tak dyplom dostałem dopiero na lato. W międzyczasie zwiedzałem kraj, pisałem i robiłem zdjęcia. Byłem wolontariuszem pomagającym przy tłumaczeniu praw o wynajem mieszkania, pomagałem Polakowi przy załatwianiu spraw związanych z ubezpieczeniem i opieką medyczną, chodziłem co wtorek na studiowanie Biblii do "The Kilkenny Christian Assembly". W Newparku nauczyłem się odpłacać ludziom za poniżenia, uczyć ich szacunku do mnie, doceniać ciężką pracę, obrywać za błędy, mówić odważniej po angielsku i poznałem parę fantastycznych osób, a to jak wiele z nich bardzo mnie polubiło, jest chyba dla mnie najbardziej optymistycznym akcentem, jaki przywiozłem do naszego kraju. Więcej piszę w swojej książce - pamiętniku (projekcie).



DUNNES STORES
Otwierano nowy sklep w nowym centrum handlowym. Nie zależało mi już specjalnie na dostaniu tej pracy, bo postanowiłem wrócić do Polski na początku roku, aby spróbować jeszcze raz przebić się i robić coś co lubię. Dlatego idąc na rozmowę kwalifikacyjną, nie byłem zestresowany. To była najlepsza i najprzyjemniejsza rozmowa kwalifikacyjna w moim życiu, która na dodatek odbyła się wieczorem w... hotelu, w którym jeszcze wówczas pracowałem! Wcale nie czułem się z tym dobrze, bo bardzo polubiłem ludzi w hotelu, oni też się do mnie przekonali. Ale praca w Dunnes Stores była na nocki, zarabiało się ponad €11 za zwykłą noc (lepiej płacili za niedzielę), a ja i tak nie spałem nocami. Rozkładałem towar na półkach, byłem przeszkolony z pracy na kasie. Większość ludzi pracujących ze mną to Polacy i Irlandczycy, reszta to Afrykanin, Francuz, Pakistańczyk i jedna wspaniała Ukrainka - Inna.
Język angielski pomógł w wielu sprawach. Przewaga polega na tym, że Polacy zazwyczaj języka nie znają, więc teoretycznie wypada się na ich tle lepiej. Nie jest to jednak praca moich marzeń, a jedynie mały krok do przodu, który pomaga w osiągnięciu czegoś o wiele ważniejszego niż praca za kilka tysięcy złotych miesięcznie. Daje mi tzw. plan B - ten się zmieniał dosyć często, ale dzięki pieniądzom, zawsze jakiś tam pozostawał.
Tymczasowo zamieszkałem w Anglii niedaleko miasta Reading. Opiekując się dziećmi przyjaciółki mojej kuzynki, modernizowałem w wolnym czasie stronę, rozbudowuję ogromną galerię, zwiedziałem trochę okolice oraz przygotowywałem się na powrót i konkretną realizację wcześniej zaplanowanych etapów w życiu. Tak więc znalazłem konkretny kurs tworzenia sieci internetowych, od razu znalazłem pracę na rynku IT - niestety obu tych rzeczy nie dało się pogodzić, więc realizuję je kolejno. Moje życie bardzo się zmieniło od czasu wyjazdu nie tylko do Irlandii, ale także drugiego (z pozoru nic nie znaczącego) wyjazdu do Anglii. "Szczęście to stan umysłu", a nie stan rzeczy - jak na pesymistę jestem bardzo szczęśliwy i nie chcę już tego zmieniać.

GUEST-TEK
Nie od razu, ale całkiem szybko po przyjeździe z Anglii, wziąłem się do roboty. Nauczony na własnych błędach lenistwa po przyjeździe z Irlandii, które kosztowało mnie pół roku nie zarejestrowanego nawet bezrobocia, od razu udałem się na kurs przygotowujący do egzaminu budowy sieci komputerowych Cisco (CCNA). W kilka dni po kursie byłem już na trzytygodniowym treningu w kanadyjskiej firmie Guest-tek, który w niewyobrażalnym stresie ukończyłem pomyślnie i tak oto wcześniej niemożliwe stało się faktem.
Z pamiętnika pracownika (rok 2009-ty): Praca polega na wyjaśnianiu gościom hotelowym (firma obsługuje ponad 3000 hoteli), w jaki sposób połączyć się z Internetem, skonfigurować program pocztowy i tego typu rzeczy. Jest to tak naprawdę pierwsza praca, która podoba mi się jak tylko praca podobać się może, bowiem pracoholikiem nie jestem i czas wolny jest dla mnie święty. Zresztą prawie nie spotkałem osób, dla których pracowanie jest lepsze niż hobby. W Guest-teku Najważniejsze jest codziennie obcowanie z językiem angielskim. Niestety jest to głównie akcent amerykański, bowiem ponad 90% obsługiwanych hoteli znajduje się w Ameryce Północnej. Jakichkolwiek minusów w pracy w Guest-teku będę szukał, nie zapominam, że jest to moja najlepsza praca, trudno więc z niej zrezygnować. Z tą firmą, przynajmniej jeśli chodzi o mnie, w ogóle wiąże się długa historia - chciałem tam pracować od bardzo dawna. Wiem, że gdyby nie wyjazdy za granicę, nigdy nie odważyłbym się nawet pójść na rozmowę kwalifikacyjną. Niespodziewanie poznałem też tam sporo sympatycznych ludzi, co w moim pokoleniu materialistów jest coraz rzadziej rzadko spotykane. Moje życie, idąc sobie teoretycznie do przodu, zatrzymało się w miejscu - takie przynajmniej odnoszę wrażenie. Pisząc to, jeszcze nie wiem, czy to dobrze czy źle. W końcu zawsze chciałem stabilizacji w życiu... Mam kochaną dziewczynę, kochających rodziców, wyrozumiałych "teściów". Ja z moją Anną "Sarenką" mieszkamy razem, mamy dwa koty... Jestem szczęściarzem ;-)


Po trzech latach pracy zmieniło się tyle, że pracuję na dzień i to najlepsza zmiana, jaką można sobie wyobrazić. Co prawda trudno jest się wyspać, ale za to widzimy się z Anią znacznie dłużej. Ponadto zamiast Tier 1, jestem agentem Tier 2 back-up, mam bardziej urozmaiconą pracę niż wcześniej. W końcu napisałem swoją książkę.
Można ją było nabyć "online", jednak wspaniały wydawca Wydaje.pl zniknął i teraz udostępniam "Tell Mi'chał to do This" jako e-book. Klikając na ikonę książki, która znajduje się poniżej, można przeczytać jej obszerne fragmenty oraz zakupić e-booka.
Z działu HSIA (High-Speed Internet Access) przeszedłem na mieszany - FTG/VOD (Free-To-Guest Television / Video On Demand), a od maja 2017 zostaję Senior Network Specialist. Zobaczymy, co przyszłość przyniesie. Zostałem też pracownikiem miesiąca. Nasza warszawska drużyna obsługuje teraz rzadziej USA, a częściej Europę, Azję, Afrykę i Oceanię.
MAŻŁEŃSTWO
Od 15.10.2011 jestem żonaty i jest to co najmniej dobry powód, żeby tu o tym wspomnieć. Spełniona miłość nie mająca nic wspólnego z obłędnym zakochaniem się i idealizowaniem jest jak odkrycie religii - życie nabiera nowych barw. Przysięga w kościele, składana z pamięci to niezapomniane wrażenie. Dużo by pisać, ale trzeba by napisać o tym oddzielny rozdział.
W końcu mamy też swój własny kąt (choć taka naprawdę to jesteśmy niewolnikami banku). Mamy wspaniałych rodziców, kochaną rodzinę, przyjaciół w niej i poza nią, tych którzy tak pięknie bawili się na naszym weselu, który miał być z założenia tylko przyjęciem... Pierwsze wesele w rodzinie, na którym niemal od początku można było usłyszeć mocnego rocka! W mieszkaniu mamy dwa koty, a niebawem także pojawi się dzidziuś... To się nazywa życie!
KLEMENTYNA
No i stało się - w kwietniu 2012 roku zostałem dumnym tatą! Mało kto wie i wierzy, że Klementynka dostała swoje imię jeszcze na długo przed ciążą.
Od samego początku wiedzieliśmy z Anią, że będziemy mieli dziewczynkę. Oby wdała się w mamę! Teraz życie nabrało nowego tempa i nowego sensu.
EMILIA
Druga córka. Od początku mówiliśmy z Anią o dwójce. Nawet kotki mamy dwie. Tym bardziej dzieci nie powinny wychowywać się bez rodzeństwa. Mam nadzieję, że kiedyś obie to docenią.
Życie toczy się dalej, zmieniają się dzieci, stanowiska pracy i zmieniam się ja...
Część dalsza nastąpi, a przynajmniej mam taką nadzieję.


