top of page

U2 "Live from Paris"

  • Zdjęcie autora: Michał Krzycki
    Michał Krzycki
  • 5 cze
  • 3 minut(y) czytania

Nie miałem pojęcia, że jakikolwiek oficjalnie zarejestrowany i wydany koncert U2 umknął mojej uwadze, aż nie dostałem płyty DVD w roli dodatku do podwójnego CD ze zremasterowaną płytą "The Joshua Tree" jako głównym daniem. Ten legendarny album co jakiś czas dostaje kolejną rocznicową edycję, więc nic dziwnego, że przeoczyłem koncert z Paryża.

Każdy oficjalnie wydany koncert U2 jest wyjątkowy ze względu na okres muzyczny, który sobą reprezentuje. Zawsze idzie za tym odpowiednia oprawa wizualna, postępująca świadomość artystyczna oraz nowinki technologiczne, z których U2 nie tylko chętnie korzystają, ale przy okazji zazwyczaj stają się pionierami na tym polu. Tutaj taka ciekawostka – niezależnie od coraz potężniejszych wizualnie koncertów, muzyka U2 sama w sobie niesie tak niesłychanie wiele emocji, jakości, zaangażowania muzyków oraz widowni, że to w sumie nie ma większego znaczenia, które show wybierzemy, bo każdy z nich pozwala się widzowi spocić z wrażenia.


Okładka DVD

Z tego wydawnictwa trzy utwory zostały wycięte ze względu na prawa autorskie, jako że to covery. Tak nawet lepiej, bowiem najczęściej nie lubię słuchać przeróbek na koncercie swoich idoli. To zazwyczaj wybija mnie z koncertowego rytmu. Setlista jest wyśmienita, ale nie mogło być inaczej, bo trzeba by się mocno postarać, aby wybrać utwory zapełniające cały pełnoprawny koncert i spowodować, że takowy będzie słaby muzycznie. Rzecz jasna w latach osiemdziesiątych koncert niespecjalnie mógł błyszczeć efektami, scenografią i tak dalej, ale już wówczas tłum na hipodromie robił nawet spore wrażenie, bo to już oznaka wielkości. Po "The Joshua Tree" – jednym z najważniejszych dzieł rocka w historii – U2 zostali sławni i zapełniali stadiony, dawali show naprawdę wysokobudżetowe. Ja jestem wielkim fanem tych późniejszych koncertów, ale za to wszystkie wcześniejsze uchwyciły momenty wyjątkowe – młodość muzyków, ich bunt, czystą pasję, niewyczerpaną kreatywność, miłość do muzyki i czerpania inspiracji oraz to, co istotne dla fanów początku twórczości U2 – ogromną ilość starych utworów, a nawet piosenki, które pochodzą ze stron B singli. Niewiele jest kapel, które grają na koncertach tak mało znane utwory. Moje ulubione momenty to "In God's Country" oraz "New Year's Day", ale tu każdy na swoich faworytów w zależności od gustu. Przemów nie ma wiele, bo jednak Bono mówi po angielsku do Francuzów, są jednak tradycyjne wtargnięcia fanów na scenę, co zawsze stanowi urozmaicenie i dodaje nieco nieprzewidywalności.


Kto by jednak pomyślał, że koncert z 1987-go roku to zaledwie jedna rzecz z tej ciekawej płyty DVD. Dostajemy także alternatywną (trochę mniej znaną) wersję teledysku "With Or Without You", ale także znacznie mniej znany, a przecież dobry i to z genialną muzyką teledysk do "In God's Country". Nigdy nie zrozumiałem, dlaczego do dziś to arcydzieło będącej przecież singlem z "The Joshua Tree" jest tak rzadko grane w mediach.

Jednak teledyski to jeszcze nie koniec wrażeń. Prawdziwą perełką jest coś w rodzaju "Making of...", ale w rzeczywistości zlepkiem wielu ciekawostek z trasy U2 po USA. Wszystko zaczyna się od bardzo skrupulatnie udokumentowanego występu na dachu budynku w Los Angeles. W tle widać szyld "The Million Dollar Hotel", zacząłem więc drążyć temat i doszedłem do wielu ciekawostek... ale to temat na inny wpis. W każdym razie ten teledysk jest w całości, rzadko można zobaczyć go dokładnie takim samym, jak w telewizji. Później jest jeszcze lepiej. Dostajemy pełno materiału z podróży po dziwnych miejscach, jammowanie w prywatnym samolocie, wywiady z przypadkowymi ludźmi, po prostu zwiedzanie Stanów Zjednoczonych, ciekawe komentarze Bono na temat Ameryki. Jest w tym coś unikalnego, dalekiego od zwyczajnego gwiazdorzenia. Są sesje zdjęciowe, których zespół nie znosił, czego nie umieli i nie chcieli ukrywać. Tak na marginesie – wszystkie dodatkowe materiały o dziwo są naprawdę wysokiej jakości dźwiękowej oraz wizualnej. Ktoś się postarał, składając je w całość. Dzięki temu możemy jako fani doświadczyć czegoś rzadko oglądanego. Jest bardzo ciekawie zrealizowany teledysk do "I Still Haven't Found What I'm Looking For", rozpoczęty od pierwszego kadru. Autentycznie to wszystko wygląda nie jak po prostu teledyski, ale ich wersje pełne, jakby "Making of...", ale lepsze. Całość robi wrażenie zapowiedzi kinowego "Rattle and Hum", no bo także zawiera fragmenty innych występów, tworzenia teledysków i po prostu sporo dodatkowej muzyki. Idealnym byłoby, aby każdy fan obejrzał najpierw właśnie ten materiał z DVD, z zaraz później cały film "Rattle and Hum".


Podsumowując, nie mam pojęcia, jak to możliwe, że dopiero teraz nadrobiłem tę muzyczną perełkę sprzed tylu lat, ale zachęciło mnie to do obejrzenia raz jeszcze wszystkich oficjalnych wydawnictw U2 w prawidłowej kolejności.

Komentarze


bottom of page