Kreator "Dying Alive"
- Michał Krzycki
- 7 cze
- 3 minut(y) czytania
Wydanie koncertowe z roku 2013 zawiera aż dwadzieścia cztery utwory zarejestrowane na żywo w Turbinehalle, w niemieckim Oberhausen. Wersja "deluxe" dodaje jeszcze podwójne CD oraz DVD, ale ja miałem szczęście radować oczy i uszy wersją Blu-ray. Wiedziałem, że po ostatnich latach, kiedy zapoznałem się z dyskografią zespołu – mam już nawet własną playlistę z masą ulubionych utworów niemal z każdego albumu – odbiorę ten koncert jeszcze lepiej od poprzedniego, którym był obejrzany lata temu na DVD "Live Kreation: Revisioned Glory". Już wówczas, znając jedynie wszystkie kawałki pochodzące z promowanego "Violent Revolution" byłem pod dużym wrażeniem całego koncertu, z miejsca pojąwszy, że Kreator muszą być gwiazdami w swojej dziedzinie, jeśli tak dobrze grają, tak niesamowicie reagują na nich fani, mają tak mocną setlistę, że nie ma w niej miejsca na tzw. "zapychacze". Dodam tylko, że zainteresowałem się Keatorem, kiedy na niemieckim kanale "VIVA Zwei" albo "VIVA Rock" ujrzałem w teledysku do genialnego "Violent Revolution" gitarzystę mojego ulubionego zespołu Waltari. Od tamtej pory przyglądam się Kreatorowi i kibicuję Samiemu Yli-Sirniö. Kiedyś nawet martwiłem się tym, jak go przyjmą fani. Po drugim koncercie widać, że zupełnie niepotrzebnie. Takiego talentu po prostu się nie odrzuca, ale przyjmuję z całą dobrocią inwentarza. Cierpi na tym mój zespół Waltari, ale jestem w stanie to przeżyć.

Można rzec: Niemcy zagrali u siebie i dla swoich, ale widownia miała trochę międzynarodowych cech. Przybyło dużo widzów, a choć z pewnością Kreator daliby sobie radę na wielkiej scenie jakiegoś festiwalu, hala średniej wielkości ma swoje plusy. Czuć więź z fanami, czuć ulatniający się w powietrzu gęsty chaos. No bo ten koncert jest ostrą jazdą dla fanów trash-metalu – jazdą, po której czujemy się zmęczeni z wrażenia. Zespół niemal nie daję odetchnąć fanom. Obrywamy raz po raz, jak nie jakimś nowym wpadającym w ucho utworem, to jakimś uwielbianym przez wszystkich klasykiem. Ja spociłem się, jakbym sam tam był.
Jeśli mam na siłę wybierać między ulubionymi momentami, to będą to raczej nowsze utwory. Mam swoje preferencje, ale jeśli mam się czegokolwiek czepiać, to mimo krótkiego czasu trwania koncertu, problem jaki mam z taką muzyką na żywo, nie różni się wiele od problemów z filmami przepełnionych akcją albo ekstremalnymi momentami. Jeśli zaczyna się z wysokiego C i daje publice "Phantom Antichrist" oraz "Enemy of God", dokłada do tego "Phobia", "Hordes of Chaos", no tak utrzymać ten poziom przez resztę koncertu? To jak z muzyką w filmach Christophera Nolana, która udaje stopniowe, niekończące się wzmaganie napięcia, aż człowiek przestaje na to reagować. Jasne, kiedy po jakimś czasie dostałem "Civilization Collapse" oraz "Violent Revolution", cały czas byłem pod wrażeniem, ale z tą muzyką jest tak, że dość szybko zostawia nas obitych, niezdolnych do jeszcze większego entuzjazmu w reagowaniu na to, co się wyprawia na scenie. Trzeba jednak przyznać, że niemieccy piwosze dali radę, a ja nie chciałbym znaleźć się tam między nimi w kotle. Fani na widowni przygotowali zespołowi inscenizację tekstów ich piosenek. Turbinehalle wygląda dzięki nim jak podczas krwawej rewolucji, zamieszek, zbiorowej ekstazy i staje się na czas koncertu epicentrum chaosu. Koncert zrealizowano fantastycznie nie tylko pod względem dźwięku, ale właśnie także wizualnie. Muzycy mają do siebie przypięte kamerki, co miejscami dodaje przyjemnej dynamiki oraz nieprzewidywalności, a szarpane ujęcia pasują idealnie do prędkości muzyki. Kiedy grane jest coś jakby interludium, wokalista wychodzi do garderoby, przebiera w butelkach z napojami i po prostu idzie się odlać, a widz śledzi to wszystko zamiast sceny.... Ciekawe zagranie. Aha, chciałem zgłosić, że Mille Petrozza nie umył rąk!
Jako dodatki do płyty dostajemy same zacne materiały na czele z "Behind The Dying", czyli dokumentem o koncercie – głównie wywiadami z fanami, technikami i tak dalej. Ja miałem mały niedosyt, chciałem więcej. Jest także dokument o kręceniu w Polsce teledysku do "Phantom Antichrist" oraz naprawdę zacny wideoklip do tegoż kawałka. Zawsze cieszy, kiedy muzyka metalowa dostaje odpowiednią dla siebie oprawę wizualną. Nie chodzi mi teraz o przekaz w teledysku, bo ten nie jest w moim guście, ale o jakość wykonania. Niemniejszym zaskoczeniem jest dobre wideo do "Civilization Collapse". O ile pierwszy teledysk to typowy post-apokaliptyczny klimat brudu, nędzy i przemocy, tak "Civilization Collapse" oferuje coś ciekawego wizualnie, choć z pewnością tańszego od pierwszego singla. Na sceny ulicznych demonstracji – a właściwie regularnych bitew obywateli z siłami porządkowymi – nałożono muzyków i przyznam, że reporterski charakter zdjęć w czerni i bieli stylizowany na gazety z newsami dobrze ukrywa tani montaż. Lubię ten wideoklip, a to powoduje, że podoba mi się właściwie każdy segment wydania Blu-ray. Jeśli jednak ktoś posiada już DVD, albo ma możliwość zakupić go znacznie taniej, nie powinien specjalnie celować w Blu-ray, po sam zapewne nie zauważyłbym różnicy między obydwoma wydaniami.
Czerwiec 2026



