top of page

"Iron Maiden: Burning Ambition"

  • Zdjęcie autora: Michał Krzycki
    Michał Krzycki
  • 6 minut temu
  • 7 minut(y) czytania

Kiedy dowiedziałem się, że film o "Iron Maiden" nie ominie polskich kin, upewniłem się, że gdy zacznie się przedsprzedaż biletów, będę jednym z pierwszych, którzy zaklepią sobie miejsce – pamiętając o ostatnim filmie o Megadeth, który wyświetlano w kinach zaledwie jeden raz i sale miały powykupowane najlepsze miejsca. Później okazało się, że przepłaciłem, bo tym razem pokazów okazało się być znacznie więcej i sala w sobotni wieczór świeciła pustkami. "Pora umierać" – pomyślałem – "Koncerty kosztowne niczym wakacje nad Bałtykiem, dziesiątki tysięcy ludzi zapełniają w Polsce stadiony, tymczasem kina niemal puste". Ja tego nie pojmuję. Fakt, że sam byłem pełen obaw przed tym, jak film wypadnie jako dzieło dla widzów postronnych oraz oddzielnie jako prezent dla fana zespołu, ale nie miałem nigdy wątpliwości, że "Iron Maiden: Burning Ambition" po prostu trzeba zobaczyć w kinie, skoro już tam jakimś cudem go wyświetlają. Niewiele jest autentycznej muzyki albo dokumentów muzycznych w kinach w ogóle, więc każde tego typu wydarzenie jest czymś wyjątkowym.

Oficjalny plakat filmowy nie robi specjalnego wrażenia.

Niepokojące były już same zwiastuny, bowiem znaczna większość materiału, ujawnionego w migawkach, to niemal jedynie stare taśmy filmowe, a one nijak pasują do dużego ekranu kina. Zwyczajnie było mi przykro, że podczas gdy James Cameron robi jakieś historycznie nowe dla branży muzyczno-kinowe doświadczenie, aby jakaś Billie Eilish oczarowała fanów, co by tamci poczuli się w sali kinowej jak na jej koncercie, fani Żelaznej Dziewicy dostają na tym samym dużym ekranie taśmę VHS i parę wywiadów oraz urywki starych koncertów, które już zresztą znają na pamięć. Kto nie pomyślał w ten sam sposób co i ja, temu gratuluję hura-optymizmu. Kojarzy mi się to z polską organizacją koncertów, kiedy zrąbany dźwięk nie przypomina muzyki, kible są oblegane, zasikane, a piwo bardzo drogie i paskudne, ale to wszystko nieważne, bo publika i tak jest najebana, część nie pamięta, kto i co grał, bo ważne, aby huczało, buczało i procenty się zgadzały. Hej, nawet plakat zrobili jakby z innej epoki. Zresztą Maideni od zawsze mają brak szczęścia do promocji medialnej. Plakat do filmu przypomina pracę konkursową do czasopisma dla młodzieży szkół podstawowych. Nie inaczej wyglądała gra komputerowa z "Iron Maiden", nie inaczej większość teledysków. Ale OK, bo Iron Maiden od zawsze stali muzyką, koncertami, nawet autentycznością podczas wywiadów, brytyjskim humorem i pasją. Po prostu szkoda mi kiedy takie urodziny idoli można uczcić odpowiednią oprawą wizualną, a na każdym kroku widzimy jednak klasę B, no a to się przecież nie godzi, bo mamy do czynienia z prawdopodobnie największą gwiazdą Heavy Metalu na świecie i chociaż raz przed emeryturą ktoś mógł kupić tort z dobrej cukierni, a nie jakąś podróbkę z Biedry.


Moje obawy się sprawdziły, ale jeszcze zanim to się stało, uderzyło we mnie coś, czego się nie spodziewałem – dźwięk w sali Cinema City był cholernie cichy. Wkurwiłem się nie na żarty. Wiele razy byłem z dziećmi w kinie na filmach, które były tak szaleńczo nagłośnione, że mogłem się obawiać o dziecięce bębenki w uszach. Tymczasem Iron Maiden dostali nagłośnienie dla wrażliwego emeryta. No dobrze, faktycznie ta nieliczna grupa fanów na sali kinowej to częściowo ludzie mogący pamiętać "Iron Maiden: Behind the Iron Curtain" z własnego doświadczenia i na żywo, a nawet posiadać wtedy długie włosy, a nie łysiny oraz ważyć od 30 kilo mniej, jednak nie sądzę, aby po to szli do kina, żeby doświadczać mocy dźwięku słabszego od własnego systemu Dolby, który pewnie mają w domach. Tak więc byłem już zły na samym starcie.

Zwiastuny nie kłamią, faktycznie mamy do czynienia z dokumentem, no i raczej starymi taśmami, a więc nie ma co liczyć na czysty obraz i tego typu fajerwerki wizualne. Film komentowany jest przez losowych fanów, ludzi z branży i muzyków. Te komentarze wybrane są dobrze, choć raz wkurzył mnie Javier Bardem, bo w temacie religii pojechał za daleko. Dziwię się, że tego nie wycięli, choćby z szacunku do przynajmniej nawrócony Nicko, który oglądał ten film przy premierze. Te materiały dokumentalne są kapitalne, co do tego nie ma wątpliwości. Część już widzieliśmy, ale okraszone nowym komentarzem robią swoje po raz kolejny. Dodatkowo dostajemy ogromną ilość dobrej jakości fotek, fajnie zmontowanych. Same wywiady, komentarze spoza kadru to bardzo mocny punkt programu. Ktoś się napracował, bo widać trud edycji, aby to wszystko ścisnąć, zgrać ze sobą w czasie, nie zanudzić widza, pominąć co trzeba. Od tego, czego oczekujemy po "Iron Maiden: Burning Ambition", wynikać będzie nasza ocena. Moje podejście było złe. Nie zrozumiałem najprostszej przesłanki, którą cały czas miałem przed nosem – tę zawartą w samym tytule. To film o ambicji, która cię spala, ale możesz też po tym wznieść się niczym feniks, a ten film opowiada tę historię doskonale, tyle że w przyspieszonym tempie, bo takie pewnie były warunki jego wyświetlania w kinach. Jeśli założymy, że to historia o trudnym początku, sukcesie napędzanym niezwykłą ambicją każdego z tych muzyków, a później o zapracowaniu się niemal na śmierć, rozstaniach i powrotach, niemal upadku i powrocie na sam szczyt – to właśnie dokładnie to obejrzałem i nie mam prawa narzekać. Tego się trzymam i stąd ostatecznie moja wysoka ocena filmu.

Dużo osób mówi i pisze, że to film o fanach, aby zobaczyli sami siebie oraz fanów na całym świecie, którzy choć tak od siebie różni pod wieloma względami, to za pomocą muzyki ich ukochanej kapeli, poczuli się jak jedna rodzina mówiąca tym samym językiem.


Nie było szans, aby pokazać nawet ułamek tego, czego każdy fan z osobna marzyłby sobie zobaczyć na dużym ekranie. Musimy zadowolić się migającymi przed oczyma okładkami albumów, dosłownie krótkimi fragmentami występów (ten pierwszy z Blazem na żywo w telewizji nawet mnie zaskoczył i chciałem więcej), a niejeden dostanie drgawek na widok animacji rodem od sztucznej ćwierćinteligencji – no bo przy tak krótkim prezencie dla fanów, każdy chciałby wyciągnąć dla siebie jak najwięcej, zamiast oglądać takie tanie animacje. Tylko że to wszystko zapewne ktoś uznał za potrzebne, jeśli film miał trafić do kin, a więc także może i do widzów postronnych, nie wiem. Ciekaw jestem, co sądzą pozostali. Wiem tylko, że dla mnie w tym dokumencie za mało jest muzyki z albumów, urywków tych najlepszych wideoklipów, aby chociaż na moment odsłonić potęgę zespołu w poszczególnych okresach działalności. Naprawdę, nie każdy koncert, a już szczególnie nie te z epoki DVD i Blu-ray, to jakość zdartej kasety wideo. Dlaczego nie pokazać takich fragmentów nowej publiczności? To trochę tak, jakbyśmy chcieli pokazać w dokumencie sportowym potęgę jakiegoś klubu piłkarskiego albo napastnika, a przez cały film mogli zaprezentować widzom jedynie momenty fauli, autów oraz przerw między meczami. Na obronę dostajemy informację, że nie jest to biografia autoryzowana. Dodatkowo ten fakt dodaje całości czegoś świeżego i niekontrolowanego przez samych członków zespołu oraz menadżera – mam na myśli to, że oficjalnie już te kontrowersyjne momenty historii Iron Maiden różnie były interpretowane w zależności od tego, kto się wypowiadał. Biografie biografiami, bo tam wersje o odejściach z zespołu nie są zgodne, ale ja pamiętam wywiady w gazetach i mocno wiało tam chłodem, a Bruce nie gryzł się w język – tym bardziej Steve. Chwała twórcom "Burning Ambition", że nie tylko nie uciekli się do koloryzowania i ugrzecznienia tych trudnych dla nas wydarzeń, ale zaryzykowali podpadnięcie zespołowi i przypomnieli mocno komentarze z dawnych lat. Podczas premierowego pokazu padają słowa, że nie konsultowano tych rzeczy, zespół co nieco by pozmieniał, ale koniec końców, to tylko dodało autentyczności. Osobiście najmocniejsze było dla mnie nagranie dokumentujące oplucie Bayleya i Harrisa podczas występu na żywo. Nigdy tego nie widziałem i byłem w szoku. Odżyły dawne żale, bo kiedy Blaze był już wokalistą, ja na dobre zacząłem być fanem zespołu, odkrywałem go na nowo. Tu jeszcze wtrącę, że ode mnie aplauz w stronę twórców za to, jak ważne słowa w stosunku do Blaze'a padły, jak wiele dobrego o nim oraz od niego usłyszałem, pomimo okrutnie krótkiego czasu antenowego.


Nie mogę wybaczyć cichego nagłośnienia w kinie, stosunkowo małej ilości muzyki bez ciągłego komentarza w tle – nawet jeśli byłaby to ta sama, którą już znamy z oficjalnych wydawnictw – bo jednak zobaczyć w kinie taki na przykład "Flight 666" to nie to samo, co "Behind the Iron Curtain", ale mimo to cała opowieść o ambicji i sukcesie trzyma się kupy. Fani z całego świata poczują się silniejsi, widząc siebie jako część wielkiej grupy. Nie jednemu łezka w oku się zakręci, chociaż znamy już te materiały kręcone w Polsce za komuny, to jednak świadomi dotarcia z tym wszystkim do kin całego świata napawa nas satysfakcją – a jest to największy wycinek taśmy filmowej, jeśli porównać resztę krajów, wspomnianych w filmie. Poza tym, darowanej Dziewicy nie zagląda się w Żelazo – albo jakoś tak – biorę ją, jaka ona jest i jestem wdzięczny, że mogłem zobaczyć moich idoli tak, powinni być oglądani, czyli jak nie na żywo to przynajmniej w sali kinowej.

Jedne z ostatnich słów od fanów podkreślają, że Iron Maiden są wiecznie żywi, będą wiecznie żywi, nawet kiedy przestaną już grać. Sądzę, że nie chodzi tylko o muzykę. Mam ogromną nadzieję, że jeśli udało się zrobić dla kina dokument o karierze, ambicji i fanach, to tak bogata biografia, pełna różnych wątków – przecież nawet nie wspomniano, że Bruce jest szermierzem, że piłka nożna to część duszy zespołu, jacy piłkarze grali z ekipą Iron Maiden podczas meczów towarzyskich, czym dla Steve'a jest West Ham United, nic o przemianie duchowej Nicko – a gdzie miejsce dla losów byłych członków zespołu... Same trasy koncertowe to są opowieści na przynajmniej kilka odcinków serialu, a muzyka to już wymagałaby chyba z kilku sezonów w streamingu, nie wspominając o Dereku i jego pracach nad okładkami albumów, singli itd. Stąd sądzę, że możemy dostawać co jakiś czas nowe dokumenty okraszone świetnymi wywiadami, a materiałów studyjnych, telewizyjnych, koncertowych jest tak wiele, że nie dożyjemy pokazania ostatniego z nich. Tak też Iron Maiden przeżyją nas wszystkich, jak to zapowiedziano. Nieśmiertelność zapewnili sobie od samego początku idąc własną ścieżką, płynąc zawsze pod prąd, wbrew mediom i trendom. My fani znikniemy niczym grunge z MTV, tymczasem muzyka Iron Maiden będzie wieczna jak "Hallowed Be Thy Name", który wyprzedził kilka epok i do dziś brzmi jak utwór z przyszłości.


Maj 2026

Komentarze


bottom of page