Katatonia "Dead Air" (DVD)
- Michał Krzycki
- 24 kwi 2024
- 3 minut(y) czytania
Od czasu bardzo udanego albumu "Live Consternation" jakoś poza występem na żywo w Warszawie, nie miałem okazji zobaczyć Katatonii, co jest dla mnie o tyle niezrozumiałe, że wiele zespołów zalewa fanów wydawnictwami "live" – czasami więcej niż jednym na album. Jest to czasami w pewnym sensie nieprzyzwoite, szczególnie kiedy dostajemy praktycznie te same utwory w niemal identycznym wykonaniu. Jeśli traktować takie wydawnictwa jako pamiątkę, to może i ma to jakiś sens – kto bogatemu zabroni? – ale to jest proces kosztowny nie tylko w produkcji, bo i przecież fani czują potrzebę kolekcjonowania wszystkiego co oficjalne, a co tylko od ich idoli pochodzi.
Nie czułem się usatysfakcjonowany albumem akustycznym. Wiem, większość uważa "Sanctitude" za niesamowite wydarzenie w dyskografii Katatonii, ja jednak czekałem na coś, co przybliży widzowi klimat regularnego występu Szwedów. Zostaje mi jeszcze nadrobić wersję DVD "Last Fair Day Gone Night" z 2013 roku, ale z albumami Katatonii jest tak, że każdy mógłby mieć swoje wydawnictwo live, a widz albo słuchacz i tak by się nie nudził. Na ich koncertach zawsze chciałoby się usłyszeć jeszcze więcej, niż można dostać podczas jednego występu. Myślę, że takim koncertem wynagradzającym większości fanom pominięcie jakiegoś ulubionego utworu w setliście miałby być właśnie ten, o którym chcę napisać.

Nie sądzę, aby bądź co bądź bardzo udany tytuł "Dead Air" był pierwszym wyborem, kiedy mielibyśmy do czynienia z normalnym albumem live. Jest to raczej słodko-gorzka gra słów nawiązująca do czasów plandemii. Tak, zamordyzm dotknął mocno nie tylko muzyków, bowiem odwołano prawie wszystkie koncerty, występy i artyści zaczęli kombinować, jak tu w czasach nienormalności zwyczajnie przetrwać. Doszło do tak absurdalnej sytuacji, że jedynym substytutem wydarzeń kulturalnych takich jak koncerty czy teatry stały się streamingi na żywo – także odpłatne. Widz płacił za bilet i oglądał wirtualne wydarzenie na ekranie. Nazwać to byciem na koncercie, to jak nazwać granie w karty talią z gołymi babami obcowaniem z kobietą. Nie winię zespołów, które postanowiły zarobić w ten sposób, szczególnie że niektórzy wykazali się pomysłowością, kreatywnie wykorzystując nowe technologię. Jednak większość po prostu starała się grać, bo nie każdego stać na multimedialne przedsięwzięcie. Katatonia należy do tej drugiej kategorii. Oni po prostu chcieli dać występ, na który czekały tysiące. Ale jak nagrać dobry koncert bez publiczności i bez żadnych efektów wizualnych? Może dałoby się to zrobić przez połączenie muzyki z klimatycznymi filmowymi wstawkami. Jednak "Dead Air" to po prostu album typu "na żywo ze studia" i jako taki brzmi doskonale, udowadnia, że muzycy nie potrzebują playbacku. Tylko po co to komu udowadniać?
Samo szybkie zerknięcie na te dwadzieścia utworów z setlisty każdemu fanowi Katatonii powinno przyspieszyć bicie serca, bowiem menu zapowiada hit za hitem – jeśli tylko taką muzykę można w ogóle określić przebojową. Jeden klasyk goni drugi, a w to wszystko wpleciono nowsze utwory z najnowszych wtedy wydawnictw. Akurat "City Burials" w ogóle nie przypadł mi do gustu, więc nie czekałem na żaden utwór z tego albumu, ale nie da się dogodzić każdemu. Cała reszta jest tak doskonała, że aż irytuje. Nie pomyliłem się. Kiedy słyszysz mistrzowskie wykonanie swoich ukochanych kawałków, a na ich koniec zalega niezręczna cisza, wrażenie jest nieprzyjemne. Brzmi to tak, jakby jeszcze brakowało gwizdów niezadowolenia. Nie cierpię nazywania tej nienormalności "znakiem czasu", bo to tak, jakby ta rzeczywistość była pogodą, na którą nie było wpływu. Zrobiono nas wszystkich w wała i pokazano, jak beznadziejnie może wyglądać większość aspektów życia towarzyskiego w czasach zamordyzmu. Widziałem moich muzycznych idoli jakby poniżonych. To było jeszcze dziwniejsze od meczów przy pustych trybunach – tam przynajmniej ktoś krzyknie raz na jakiś czas z ławek rezerwowych.
To, na co chyba był wpływ, to przynajmniej oświetlenie. Jestem bardzo niezadowolony, że przy tak kameralnym koncercie nie zadbano o coś więcej niż parę kolumn LED świecących jakby na automacie, niezsynchronizowanych z muzyką. Na początku DVD miałem nadzieję, że utrzyma się wizualizację i raz na jakiś czas zobaczymy jakieś przebitki na chmury, budynki i ogólnie klimat znany z okładek płyt, ale to są krótkie momenty, dobrane na szybko, nieprzemyślane pod względem nastrojowych utworów. Ta niesamowita muzyka zasłużyła na więcej. Choćby na artystę, który zmontowałby ujęcia pasujące do albumów i ozdobił za pomocą rzutnika tło każdego utworu, wmontował urywki surrealistyczne w grane utwory, oświetleniowiec dodał odpowiednie kolory pod dany utwór. Nic z tego nie miało miejsca. Pierwszy raz poważnie zastanawiałem się, czy ten koncert w ogóle powinien zostać dodany jako DVD.
Jeśli mam szukać plusów, to napiszę, że po obejrzeniu koncertu, ma się tylko większą ochotę zobaczyć zespół na żywo, bo jest to jakby "Best Of..." zagrane na żywo bez publiczności i jedna z najmocniejszych setlist, jakie można sobie wyobrazić.
Kwiecień 2024
Comments