The Chemical Brothers "Don't Think"
- Michał Krzycki
- 9 maj 2023
- 3 minut(y) czytania
Mam to szczęście posiadać koncert The Chemical Brothers z 2011 roku na Blu-ray, co nie jest jedynie jakimś kolekcjonerską fanaberią, bo jakość obrazu w tym przypadku jest nie mniej istotna od samej muzyki. Długo zwlekałem z nadrobieniem zaległości koncertowej, bo po pierwsze po 2011 roku przez wiele lat nie miałem odpowiedniego sprzętu Hi-Fi, aby w pełni cieszyć się dźwiękiem, po drugie szybkie przeglądnięcie paru kawałków zamiast podsycić moją ciekawość, tylko ją pogrzebało. Niespecjalnie podobały mi się podglądane momenty i uznałem ten koncert za hałaśliwy miks utworów, które nie przypominają tych, które znam z albumów The Chemical Brothers. Może takie podejście jest najwłaściwsze, bo im mniej oczekujesz, tym lepiej możesz zostać zaskoczony.

Tak już po prostu bywa, że czasami dany album nam nie podejdzie, a innym razem polubimy go od razu. Koncerty na DVD i Blu-ray, jeszcze bardziej niż pełnoprawne albumy muzyczne, muszą mieć swoje miejsce i swój czas, aby zostać przyjętymi przez słuchacza we właściwy sposób. O ile w koncerty rockowo-metalowe wczuć mi się łatwiej, o tyle w imprezy techno już mniej. Stąd na występ Anglików w Warszawie ostatecznie się nie wybrałem. Nawet do oglądania tego koncertu podszedłem z dystansem i zacząłem jednym okiem zerkać na telefon, drugim chcąc nadrobić zaległość i mieć koncert z głowy, miałem zerkać na ekran telewizora podczas moich ulubionych utworów. Jednak nie dało się od tego występu odwrócić wzroku, tak znakomicie jest on zmontowany, a jakość Blu-ray tylko to wrażenie podbija.
Niewiele jest koncertów, które swoim wysokobudżetowym montażem są w stanie przekonać mnie do muzyki. To raczej dobra muzyka przekonuje mnie do oglądania przeciętnie nakręconych koncertów (patrz: Iron Maiden i pomniejsi wykonawcy). Tymczasem, pomimo braku znaczącego ruchu muzyków, zera przemówień do widowni, koncert z festiwalu w Japonii ogląda się jak dobry film. Aż spojrzałem sobie na reżyserię. Występ Chemicznych Braci z Fuji Rock Festival w 2011 roku kręcił ich stały reżyser Adam Smith (nie, nie ten z Iron Maiden). Nie było więc mowy o jakimś niedogadaniu, bo człowiek ten musiał doskonale znać styl muzyków i mógł poeksperymentować z kamerą oraz częścią artystyczną. Jestem przekonany, że miał na tym polu wolną rękę. Na tle około pięćdziesięciu tysięcy fanów i wielkich telebimów powstało coś na kształt muzycznego dokumentu promującego nie tylko muzykę The Chemical Brothers, ale także sam festiwal. Azjaci okazują się widownią bardzo wdzięczną dla oka kamery. Na takich imprezach musi pękać ich typowa emocjonalna wstrzemięźliwość, a na wierzch wychodzić cała trzymana na co dzień frustracja. Japończycy, ale pewnie nie tylko oni, wybuchają emocjami, przeżywają muzykę w sposób mistyczny... a może to tylko piwo plus używki i zmęczenie dają się we znaki... Nie sposób ocenić, ale wygląda to jak idealne uzupełnienie do psychodelicznej muzyki elektronicznej. Najbardziej podobały mi się ujęcia spoza samej sceny - te z uroczą Mario Kobayashi Stopford oraz zabawką-robotem. Po prostu uwielbiam, kiedy muzyka miesza się inną formą kultury, nawet jeśli nie ma w tym konkretnej historii do opowiedzenia, ale na przykład jest coś na kształt sztuki nowoczesnej. Ta muzyka po prostu do tego pasuje jak ulał.
Co do setlisty, to ma ona na tyle małe znaczenie, że nawet jeśli znalazło trochę utworów przeze mnie lubianych, to zmiksowane na żywo niezbyt przypominają te z płyt i miejscami nawet trudno je rozpoznać. Rozumiem, że na tym polega rodzaj muzyki, którą prezentują The Chemical Brothers. Są kawałki bardziej męczące, szczególnie kiedy nie podejdzie nam prezentacja z na telebimach, wtedy właśnie najlepiej ogląda się doskonale zmontowane i ładnie oświetlone ujęcia spoza koncertu.
Comments