"Terminator: The Sarah Connor Chronicles"
- Michał Krzycki
- 17 kwi
- 3 minut(y) czytania
Od 2008 roku nie dałem wiary, że serialowy "Terminator" miał sens, bowiem telewizyjny paździerz sprzed epoki strumieniowania regularnie służył jedynie wyciskaniu ostatniego grosza ze znanych franczyz dla właścicieli tychże. Pierwszemu sezonowi dałem ocenę sześć, drugiemu siedem a całości 6/10. Pomimo jakości Blu-ray albo właśnie przez nią, szok poznawczy może być dla dzisiejszego widza wręcz nieznośny. Mała ilość akcji, oszczędne efekty specjalne (czasem nawet umowne), retro-nowoczesność – o której zaraz napiszę więcej – albo rozwijanie wątków, które służą chyba jedynie przeciąganiu długości serialu... To wszystko nawet dla mnie po pierwszym odcinku wydawało się zapowiedzią długiej mordęgi. Szybko zorientowałem się, że może nawet nie zadziałać magia tasiemca, czyli takie mimowolne przyzwyczajanie się do Hanki Mostowiak i płacz po jej śmierci w kartonach.

Zawsze piękna Lena Headey w ogóle nie pasuje do roli Connor, która sequelu wyglądała na bardziej zabójczą od Arnolda (sam mówi w swoim filmie dokumentalnym, że zawstydzała go swoją formą). Tak samo jak śliczna Summer Glau nie może przekonać widza, że jest maszyną – to po prostu nie przejdzie – ale obie na pewno dały milenialsom niejeden mokry sen, a o to właśnie chodziło i dlatego tak ten serial wygląda. Przystojni mężczyźni, piękne dziewczyny i on... John Connor – z każdą kolejną wersją filmu i serialu coraz gorszy... Szczególnie bolesne, jeśli przypomnimy sobie dwie pierwsze części. Tutaj jest dramat w tym złym znaczeniu, bo to coś na poziomie tego ćpuna z "Buntu maszyn", tylko jeszcze bardziej zniewieściały. Ale ważne, że na dekadę wyglądał modnie – jak idol z plakatu dla nastolatek. Jak dostał tę rolę? Cóż, po latach dokonał tzw. "coming outu", więc jako nieżyczliwy widz, mogę się domyślać. Ważne, że na cringe'owych okładkach DVD i Blu-ray oraz plakatach reklamowych obsada wyglądała, jakby sprzedawała ubrania znanych marek. Do tej mody pierwszej dekady wsadzono bardzo popularną w MTV Shirley Manson. Jak zobaczyłem to nazwisko w napisach, zanim piosenkarka pojawiła się na ekranie, myślałem, że to zbieżność nazwisk, ale nie – to naprawdę wokalistka Garbage! Tym dziwniejsze, że to dobra rola, naprawdę tam pasowała i słusznie zagrała w serialu postać dość dla fabuły istotną. Świetna była ta chłodna z relacja z jej niby córką.
Znamienne jest to, że efekty specjalne w "Kronikach Sary Connor" były nieporównywalnie gorsze od tych z pierwszych dwóch filmów, a to już naprawdę wymagało starań, aby CGI terminatora z płynnego metalu wyglądały gorzej od tych sprzed epoki Riva TNT i Pentium II.
Nie żałuję obejrzenia, ale to był przykład na to, dlaczego ta dawna telewizja musiała upaść, dlaczego taka formuła seriali nie miała prawa się udać, a przynajmniej w przypadku franczyz kojarzonych z najwyższym budżetem kinowym. Jakość odcinków jest nierówna, ale każdy zazwyczaj stara się czymś tam nadrabiać – jeśli nie dramatem jednostki, to wątkiem z ukochanych filmów. Niektóre wątki były tak głupie, że trudno przejść obok nich obojętnie. Maszyny i ludzie podróżowały sobie w czasie, jakby to było biuro jakieś podróży. To ich pojawianie się i znikanie rozmywało mi powagę pierwszych filmów.
Zachwyt nad Internetem, komórkami, usilne kierowanie uwagi widza na to, jak to wszystko nowoczesne i jak włamać się łatwo do czegokolwiek, co ma interfejs... to naprawdę szybko się zestarzało. Wszystkie informatyczne elementy były tak niewiarygodne i śmieszne, że odstręczą dziś każdego. W tle migały jakieś monitory z bezsensownymi paskami i cyferkami niczym w "Kosmicznych jajach", co w jakości HD było już dla mnie bardzo widoczne i wywoływało uśmiech politowania.
Gdyby wyciąć najgorsze odcinki i wątki, a zostawić te cenne dla poszerzania uniwersum filmowego, byłoby o czym pisać, a tak zostaje tylko nazwanie starego klasyką, "no bo jak stare i twój stary oglądał, jak jeszcze był młody, to dziś klasyka". Ja nigdy nie widziałem w tym nic dobrego, dlatego tyle lat zwlekałem z obejrzeniem i obawy okazały się słuszne. Moim zdaniem nie warto, chyba żeś fan i to silniejsze od ciebie.
Kwiecień 2026




Komentarze