"Lost: Zagubieni i filozofia. Mroczna strona wyspy" by Sharon Kaye
- Michał Krzycki
- 7 lip 2023
- 5 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 17 sie 2023
"Zagubieni. Lost" to słynny serial, który trochę jak dawniej "Twin Peaks" odmienił telewizję przez redefinicję typu programu, z jakim serial telewizyjny do tamtej pory był kojarzony. W jakiś dziwny sposób, od razu kiedy zobaczyłem bardzo krótkie urywki w telewizji, wiedziałem już, że muszę przeczekać serial i obejrzeć go na w całości na spokojnie. Tak też razem z moją Anią wciągnęliśmy się w oglądanie odcinków, zaczynając legendarny, bo i najdroższy w historii pilot serialu o katastrofie lotniczej nie gdzie indziej, jak tylko w samolocie do Grecji, na odtwarzaczu MP4. Niezapomniane uczucie.
Ale mniejsza z serialem, bo recenzja wymagałaby wielu stron. Zakładam, że ktokolwiek to czyta, widział serial albo jego część i prawdopodobnie przynajmniej go polubił. Moc oddziaływania serialu na widzów jest namacalna na przykład w odcinkach "Late Night with Jimmy Fallon". Oglądanie tego show na YouTube pomiędzy obejrzanymi sezonami było dla mnie jak dodatkowe odcinki serialu - wspaniały dodatek. Widać było tam, że nie tylko my zwariowaliśmy ma punkcie tej historii i tych postaci. Po zakończeniu ostatniego sezonu, zupełnie jak to powiedział w swoim show Jimmy Fallon, nie wiadomo było, jak dalej żyć. Takich widzów jak ja, okazało się być jeszcze więcej, tyle że większość szybko zapomina o obejrzanym tytule i zaczyna jakiś nowy, aktualnie modny, ale nie ja.

Takie dzieła jak "Death Note", "Twin Peaks", "Lost", "Rome" - to wszystko jest dla mnie ponadczasowe i dotykające doskonałości. Nie potrzebuję oglądać ich podczas premiery. Zazwyczaj czekam, aż moda przeminie i oglądam w spokoju tyle odcinków, ile akurat chcę. Książek związanych z danymi filmami albo serialami nie kupuję. Co innego książki, na podstawie których seriale i filmy powstają. Specyfika "Lost" jako serialu z wyjątkowo dużą ilością tajemnic i zagadek pozwala jednak zastanowić się, czy nie warto poczytać więcej o jego ukrytych znaczeniach. Tak się złożyło, że chociaż sami z Anią oglądaliśmy ten serial całe lata po zakończeniu emisji, dałem go do obejrzenia swojemu tacie jeszcze więcej lat później. Książka "Lost: Zagubieni i filozofia. Mroczna strona wyspy" po czwartym sezonie serialu okazała się okazją na trafiony prezent. Tata jednak nie był nią zachwycony. Przyszła kolej na mnie. Miałem złe przeczucia. Zauważyłem, że to książka bardziej o teorii filozofii i etyki, niż o ulubionej produkcji telewizyjnej. Przypomniała mi się inna książka, którą dostałem w prezencie - "Tim Burton: The Monster and the Crowd: A Post-Jungian Perspective". Zgodzę się, że książki naukowe chcąc nie chcąc uczą, więc coś tam po nich w głowie zostaje. Jednak założę się, że nie nauki szukają w nich fani danego filmu, serialu tudzież twórców tychże, ale czegoś związanego z obejrzanymi dziełami właśnie.
Zarzut w stosunku do książki "Lost: Zagubieni i filozofia. Mroczna strona wyspy", który powtarza się w komentarzach na forum, to ukończenie jej zanim jeszcze zakończył się serial. Piszący ją naukowcy sami wzmiankują, że pisząc swoje teksty, nie znali jeszcze przebiegu czwartego sezonu. To jest częściowo zrozumiały zarzut, jednak zagadnienia podjęte w książce są raczej uniwersalne. Niezależnie od dalszej drogi bohaterów opisanych w książce, mniej liczy się ich dalszy los, bardziej moralne dylematy, które wiążą się z działaniami postaci. Zaryzykuję twierdzenie, że książka nie zmieniłaby zbytnio swojego sensu, gdyby ją napisać po ukończeniu serialu. Owszem, dostalibyśmy więcej materiału, więcej zagadnień, ale opisane już opisane postaci i wątki filozoficzne pozostałyby niezmienione. Dobra wiadomość jest taka, że sporo z postaci bardzo dokładnie opisanych w tej książce, zginęła już na początku opowieści albo akurat do końca trzeciego sezonu, więc opisanie ich wątków tak wcześnie jest najbardziej na miejscu i nie zostaje zdezaktualizowane w kolejnych sezonach. Objętościowo jest to i tak zbyt dużo materiału do czytania, więc nie wyobrażam sobie dwa razy więcej stron do przewertowania, szczególnie że czytanie tej lektury potrafi mocno znużyć. Szansa na sprzedanie książki na fali popularności dzieła, pod które się podpina, rośnie wraz ze wzrostem popularności tegoż. Stąd dosyć bezpieczny margines błędu wydawcy, który pewnie w USA wydał książkę gdzieś podczas czwartego sezonu albo tuż po trzecim, a w Polsce zapewne nieco później. W obu przypadkach były to rekordy oglądalności, więc i rekordowa szansa na sprzedanie największego nakładu.
Moim zarzutem będzie nuda. Nie dlatego się obrażam na twórców, że bombardują nas filozoficznymi zagadnieniami z ich nudnych studiów, zamiast pisać więcej o serialu (choć taki jest zarzut większości czytelników), ale mam im za złe za to, że nie są w stanie napisać książki na poziomie czytelnika mającego w poważaniu kantowskie dylematy, jungowską synchroniczność, determinizmy psychologiczne, etyczne subiektywizmy itp. Powtórzę - autorzy nie potrafią albo nie chcą napisać książki przyjaznej widzowi, ale zagłębiają się w nieciekawe teorie i zamiast po prostu skrócić je do minimum, piszą o nich tak, jakby to była praca na zaliczenie studiów filozoficznych.
Po nudnym wstępie dostałem pierwszy rozdział z nadziejami, że może nie będzie aż takiej naukowej nudy, na jaką się zapowiadało. Niestety, tam za granicą szkoły zdają się być podobnie jak i u nas w Polsce pełne ludzi żyjącymi tymi samymi fobiami. Stąd żydowscy autorzy do znudzenia jako skrajne przykłady różnych teorii i nurtów politycznych straszą nas nazistami, holokaustem albo tresują Amerykanów do większej tolerancji, uprawiając dobrze nam w Polsce znaną pedagogikę wstydu.
Najciekawsze są rozdziały analizujące, właściwie to bardziej przypominające mi o bohaterach i ich historii sprzed katastrofy lotniczej. Już miałem nadzieję, że w części drugiej Sander Lee zacznie rozkręcać książkę na dobre, ale szybko okazało się, że wielu kolejnych autorów zanudza i znowu usypia definicjami z pogranicza etyki i filozofii. Co kilka rozdziałów zdarza się taki, który na krótko przywraca nadzieję w sens tego wydania, ale koniec końców, gdybym nie był fanem "Lost", porzuciłbym czytanie. Nawet zacząłem żałować, że wciągnąłem w to tatę. Z drugiej jednak strony, takie dogłębne poznanie bohaterów i spojrzenie na wydarzenia z pierwszych trzech sezonów dobrze wprowadza widza w kolejne odcinki. Jestem przekonany, że przeczytawszy wszystkie rozdziały, zaczniemy zauważać w naszym ulubionym serialu znacznie więcej detali. Chyba o to właśnie tutaj chodzi - przynajmniej teoretycznie, bo pytanie, ile jesteśmy w stanie znieść tych filozoficznych wykładów, które wyglądają na usilnie powiązane z serialem.
Dajmy na to, ktoś wydaje popularny serial, w którym motywem jest zemsta. Inna osoba próbuje zarobić na tym pieniądze. Wydaje więc książkę, która tytułem okładką ma się kojarzyć z popularnym dziełem filmowym, w którym zemsta jest jednym z motywów, aby na fali jego popularności, fani dokonali zakupów. Później okazuje się, że film był tylko pretekstem do wypisania dziesiątek stron na temat etyki i zemsty. W ogromnej ilości filmów zemsta jest jednym z motywów fabularnych, więc do wcześniej napisanej pracy naukowej, można przypisać jakikolwiek film typu "John Wick" i spijać śmietankę. Dokładnie w ten sam sposób można pisać naukowe książki sprzedając je okładką, tytułem, które w naciągany sposób będą nawiązywać do czegoś aktualnie popularnego. Oczami wyobraźni widzę już książkę, która chociaż nie łamie praw autorskich, umiejętnie kolorystyką i tytułem sprzedaje się jak świeże bułeczki wśród fanów serialu "Wednesday". Książka na półce ma zwabić fanów na tyle, żeby nie zorientowali się na czas, że tytuł tylko podszywa się pod lubiany przez nich serial. Dajmy na to "Zrozumieć Wednesday: Od wycofania psychicznego do totalnego buntu". Tytuł musi być przystępny dla przeciętnego widza - na jego poziomie, niekoniecznie logiczny, ale dający mu nadzieję, że samo posiadanie takiej książki na półce zrobi na gościach dobre wrażenie i podniesie IQ właściciela choćby o jeden punkt. Ja sam nie sądzę, żebym jeszcze kiedyś skusił się na jakiś tytuł tego typu.
Lipiec 2023
Comentários