top of page

"Ted"

  • Zdjęcie autora: Michał Krzycki
    Michał Krzycki
  • 26 kwi
  • 2 minut(y) czytania

Dwa sezony to niewiele, bo serial "Ted" technicznie sprawnie udaje sitcom z lat 90-tych, a pomysłów i żartów wystarczyłoby na więcej odcinków, ale z drugiej strony historia kończy się tam, gdzie zaczynają się filmy. To serial skrajności i zrozumiałbym każdą ocenę widza, bo wszystko zależy od wrażliwości i poczucia humoru. Gdybyśmy mieli minimalny pluralizm w przemyśle rozrywkowym, zlałbym "Teda" i nie zawracał sobie głowy kolejną skrajnie lewacką projekcją fobii wszelakich, ale "niewielki jest wybór wśród zgniłych jabłek". Optymalnie byłoby odciąć się zupełnie, zmienić hobby albo uparcie trwać przy produkcjach lat zamierzchłych, które takich politpoprawnych fikołków jak "Ted" miały nieporównywalnie mniej.


Banner reklamujący serial.

Są odcinki wybitnie śmieszne i fantastycznie zrealizowane technicznie, jak ten o sesji "D&D" pt. "Lochy i dilerzy", ale zaraz dostajemy zgniłe jabłko w postaci niesławnego odcinka o aborcji. Każdy wróg ideologiczny lewactwa ma tu swoją postać i jest regularnie obsrywany. Jest to jednak obsrywanie tak bardzo tępe i nachalne, że musiałbym być zbuntowanym nastolatkiem o poglądach zaimplementowanych mi przez Google i TikTok, abym przyjął to ośmieszanie postaci jako zabawny komentarz społeczno-polityczny. Seth MacFarlane jako aktywista gejowski w przeciwieństwie do głównego aktora Maxa Burkholdera nie musiał mieć odpowiedniego koszernego pochodzenia, aby zapunktować u producentów, bo on już swoje bezpieczne dla nich poglądy udowodnił w każdej innej produkcji i poparł swoim aktywizmem, ale reszta musiała mocno przerysować swoje ekranowe postaci, aby nie było żadnych niedomówień. Tak też telewizyjno-filmowy archetyp ocja-debila wsparto cechami: obleśny alkoholik, skończony przygłup, rasista, prawicowiec, który nie znosi Clintonów, popiera Republikanów, wierzy w teorie spiskowe. To pierdzący mądrala, któremu do bycia najgorszym tatą i mężem brakuje tylko, aby tłukł żonę. Dla oddania mu resztek człowieczeństwa do jednego odcinka wrzucono jego brata, który jest dwa razy gorszy, a przed którym to zwyrolem ostatecznie broni go siostrzenica. Rzecz jasna on i żona to naiwni chrześcijanie, a Krzyż eksponowany jest w kadrze całkiem wyraźnie, co ma nasuwać natychmiastowe skojarzenia. Natomiast pani domu jest najsympatyczniejszą postacią, więc twórcy postarali się o następujący scenariuszowy fikołek scenariuszowy: to perfekcyjna pani domu, która posiada całą wyrozumiałość świata, ogarnie w domu wszystko, ma niewyczerpane pokłady miłości, a przy tym jest maksymalnie naiwna, głupia wręcz i wykorzystywana jak niewolnik w obozie pracy przez męskich mieszkańców domu. Z takimi cechami nie jest w stanie wybronić argumentów o nieusuwaniu ciąży przez swoją siostrzenicę, graną tu przez prawdziwie irytujące aktorskie drewno, czyli Giorgię Whigham – co to niemal zrujnowała drugi sezon "The Punisher". Jej postać jest w serialu kluczowa, bo ma stanowić kontrapunkt dla całej reszty postaci, z których widz ma się śmiać. To biseksualna aktywistka, która korzystając z dobroci wujostwa, zamieszkuje ich poddasze, błyszczy inteligencją, mądrością, ale jara zioło na potęgę, przeżywa lesbijskie coming-outy, rozstania, romanse i aborcję. Jakby mało było przerysowanego zachowania reszty bohaterów, ona zawsze postawi kropkę nad "i" – wyjaśni tępemu widzowi, że to, co właśnie usłyszał od ojca rodziny to rasizm i polityczno-światopoglądowa głupota, a matce wyjaśni, że jakby rozstała się jedynym żywicielem rodziny, to rozkwitnie albo rozwinie skrzydła tudzież zacznie się spełniać i tak dalej. Misiek ma dużo fajnych kwestii, niektóre znakomite, ale to jest pies pogrzebany – kiedy potrzeba, nawet niecenzuralny Ted pije tylko do tej strony, którą producenci zezwalają okładać na lewo i prawo. Bo w końcu ośmieszamy tylko swoich wrogów, udając komedię śmiejącą się ze wszystkiego... Wolne żarty. Kwiecień 2026

Komentarze


bottom of page