"Stranger Things"
- Michał Krzycki
- 25 lut 2023
- 5 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 26 lut 2023
Staram się omijać produkcje modne. Jeśli nawet zapowiadają się na coś mocno w moim guście, czekam na ich koniec, czekam, aż hype ucichnie i wtedy ewentualnie zaczynam oglądać wszystkie sezony w odpowiednim dla mnie czasie, z odpowiednimi przerwami pomiędzy odcinkami. "Stranger Things" miał za zadanie dać mi, żonie oraz córkom trochę inne emocje. Byłem już po seansie - także późno obejrzanym - "Super 8" (od żydowskich twórców: J. J. Abramsa, Bryana Burka i oczywiście Stevena Spielberga), który mocno mnie zaskoczył i wiedziałem, czego mogę się spodziewać po słynnym serialu na Netflix. Trochę przestrzeliłem z tymi podobieństwami, bo chociaż na papierze te produkcje wyglądają na bardzo do siebie podobne, serial Netflixa jest o dwa poziomy mroczniejszy i tylko pozornie przeznaczony dla młodzieży, jako że zawiera olbrzymią dawkę scen rodem z rasowych horrorów science-fiction dla widzów dorosłych. Nic to jednak dla moich córek - im straszniej, tym dla nich zabawniej. Rozumiem je o tyle, że jako dziecko byłem znanym w okolicznych wypożyczalniach kaset wideo małym wielkim entuzjastą horrorów i szybko zabrakło dla mnie nowych filmów, których jeszcze nie wypożyczyłem.

Zabrzmi to trochę niewiarygodnie, ale już po pierwszych scenach pierwszego odcinka, kiedy pojawił się tytuł z niezapomnianą muzyką z syntezatora, przypominającą klimaty lat 80-tych, ale podbitą jeszcze do poziomu zachwycającego także nowe pokolenie, serial kupił moją uwagę na dobre. W każdym następnym odcinku czterech sezonów toczyliśmy walkę o pilota, bo Netflix ma taką głupią opcję pomijania czołówki, którą moje dzieci nadużywają, a ja chciałem się delektować tym niesamowicie nastrojowym wstępem jako idealnym podkładem do załapania klimatu serialu.
Pierwszy sezon kupił mnie wiarygodnymi relacjami bohaterów i to nie tylko tych dziecięcych. Kibicowało się wszystkim tym, którym scenarzyści chcieli, abyśmy kibicowali. Ponadto, wizualna strona serialu była nieosiągalna dla większości produkcji nie kinowych. Rekwizyty, scenografia i te wszystkie elementy każące nam wierzyć, że akcja dzieje się w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, robiły swoje. W innych filmach czuć ściemę, ale tutaj niektóre miejsca i jeszcze w tym a nie innym kolorze, widziane na ekranie po solidnej postprodukcji, dosłownie przeniosły nas do lat 80-tych. Fantastycznie dobrana ścieżka dźwiękowa także nie była bez znaczenia. Plakaty na ścianach, non-stop jakieś odniesienia do popkultury - do gier, filmów i albumów muzycznych tamtych czasów - były dla każdego geeka tamtego pokolenia jak wisienki na torcie. Tym sposobem, nawet słabsze momenty, które widziałbym inaczej, nie raziły mnie zbytnio, bo zawsze było coś, na co warto było czekać, aby w każdym odcinku to obejrzeć. Największym plusem tego początkowego sezonu była Winona Ryder (Winona Laura Horowitz). Cieszyłem się z jej powrotu do ścisłej czołówki popularnych aktorek, a jej rola stanowiła o sile dramatyzmu serialu.
Drugi sezon, nawet jeśli przyniósł jakieś niechciane zmiany, których wolelibyśmy uniknąć, jakieś rozwiązania, które widzielibyśmy inaczej niż sami twórcy "Stranger Things", szybko nadrobiono większą skalą horroru science-fiction, do którego serial definitywnie już się zaliczał. Pojawili się też aktorzy tak dobrze kojarzący się nam, dzieciom lat 80-tych, z najlepszymi filmami na kasetach wideo, czyli Sean Astin i Paul Reiser. Co ciekawe, ten drugi zagrał rolę, która celowo miała się nam kojarzyć z cyniczną postacią Cartera Burke'a z filmu "Aliens", a koniec końców stała się jej odwrotnością. Tym, też sposobem do żydowskich pierwszoplanowych aktorów i aktorek jak Noah Schnapp, Finn Wolfhard i Winona Ryder dołączyło dwóch nowych w tym serialu wyprodukowanym przez - jakże inaczej - żydowskich producentów Shawna Levy'ego i Dana Cohena, z muzyką Michaela Steina, montażem Deana Zimmermana, itd. W każdym razie drugi sezon potwierdził, że kluczem do sukcesu są relacje między postaciami, czyli nie to, co najlepiej sprzedaje się w zwiastunach, ale to, co najbardziej przykuwa do ekranu przez więcej niż jeden sezon. Praktycznie od razu po pojawieniu się w pierwszym odcinku tego sezonu Sadie Sink jako Max Mayfield (MADMAX) oraz jej brata, serial nabrał rumieńców i szedł w dobrym kierunku aż do ostatniego odcinka, potrafił przejąć nas losem każdej z wymienionych osób. Ciekawie zapowiadało się też samo rozwiązanie zagadki. Nie było specjalnie na co narzekać.
W trzecim sezonie rozmach sięgnął zenitu, lecz nie w każdym odcinku rzecz jasna. Każdy sezon kończy się odcinkami, które dostały obłędnie wysokie oceny od widzów, czyli spełniły ich oczekiwania co do rozwiązania fabuły. Wcale się nie dziwię, sam dawałem im najwyższe noty. Emocje idą w górę, efekty stają na poziomie filmów kinowych, no i stąd taka niesamowita popularność serialu. Ikonicznym momentem jest ten, w którym Dustin Henderson, w którego dziewczynę dotychczas nikt nawet nie wierzył, że istnieje, aby ją przekonać do pomocy w kluczowym momencie fabuły, kiedy ważą się losy może i całego świata, zmuszony jest fałszować tytułową piosenkę z filmu mojego pokolenia (na którym zresztą byłem w kinie), czyli "Niekończącej się opowieści". Ręce same składają się do oklasków, kiedy twórcom w takich chwilach wszystko się udało. Jednak równolegle do filmowego potwora, gdzieś tam w tle młodych widzów atakuje tzw. potwór gender, bowiem jeśli nie dość komuś wiszącego w powietrzu wątku homoseksualnego Willa Byersa, to jeszcze bardzo fajna postać Robin Backley okazuje się tęczowa. Wiadomo - Netflix, czyli "Bądź kimkolwiek chcesz!"...
Najbardziej dramatyczny moment seria osiąga jednak w teoretycznie najsłabszym sezonie - chociaż już w poprzednim za wpadkę można uznać odcinek o zaginionej siostrze "Nastki" (tak obciachowo niepasujący do reszty, że nie kontynuowano już tego wątku, jakby chciano o nim zapomnieć). Tym momentem jest oczywiście scena uwieńczona koszulkami, kubkami, gadżetami z logo serialu. To scena, którą podczas oglądania poprzednich sezonów widziałem jako zdjęcie, stopklatka, gadżety właśnie i nie wiedziałem, dlaczego niby serial "Stranger Things" reprezentowany jest niemal wszędzie przez to jedno dziwne ujęcie z lewitującą gdzieś koło nagrobków dziewczyną ze słuchawkami od walkmana, z rozpostartymi rękami - jak wisząca na niewidzialnym krzyżu - gdzieś na wzgórzu, a najczęściej jeszcze z dziwnym dopiskiem "Running Up That Hill". Pierwsze moje skojarzenie to albo super moc dziewczyny, albo jej opętanie, a podpis kojarzył mi się tylko z singlem zespołu "Within Tempation". Jednak ta dobrze mi znana piosenka w wykonaniu tego holenderskiego rockowo-metalowego bandu jest przecież przeróbką piosenki Kate Bush... Wszystko wyjaśniło się podczas oglądania tego przełomowego odcinka, po którym nic nie było już tak dobre. Nie lubię zgadzać się z ogółem, ale to naprawdę ikoniczny moment w historii serialu telewizyjnych. Chyba na każdym zrobił wielkie wrażenie. Na samą myśl o tym, co działo się na ekranie - równocześnie w dwóch wymiarach - przy tej niesamowitej muzyce oraz kiedy ważyły się losy naszej ulubionej bohaterki, którą wszyscy w domu polubiliśmy najbardziej, do dziś mam dostaję ciarek i podnosi mi się ciśnienie.
Cały ostatni sezon był nierówny. Wiele rozwiązań się tu nie sprawdziło. Dorastające fajne dzieci stały się mniej ciekawymi nastolatkami. Ich relacje przestały być wiarygodnie bliskie. Niepotrzebne powroty popsuły wagę śmierci postaci. Wszystko można było odwrócić. Błędem scenarzystów było zbyt rychłe odkrycie kart, jeśli chodzi o tajemniczy czarny charakter. Dostaliśmy też chyba o jednego żydowskiego aktora za dużo. Kiedy do obsady na dobre dołączył mało zabawny i irytujący Brett Gelman, nie tylko zaniżyło to powagę wielu wydarzeń, ale przede wszystkim zepsuło tak dobrze z budowany dramatyzm postaci Joyce Byers. Kiedy dwójka tych żydowskich aktorów spędza przy sobie pół sezonu, nie jest dobrze.
Czekając na sezon piąty, pozostają dodatki w postaci serialu o serialu albo debilne artykuły o tzw. coming-out żydowskiego aktora grającego geja Willa Byersa. Na planie wszyscy tam mu gratulowali, on chodził później dumny i jeszcze zapowiedziano tak ważny dla wątków serialu aspekt, że on tam naprawdę będzie kochał się w swoim serialowym przyjacielu Mike'u Wheelerze (zresztą także tego samego pochodzenia). A ja tymczasem czekam na po prostu dobre zwieńczenie udanej serii.
Luty 2023
Comments