"Ant-Man and the Wasp: Quantumania"
- Michał Krzycki
- 23 lut 2023
- 4 minut(y) czytania
Przed obejrzeniem tego filmu skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą. O ironio, chociaż w 2015-tym roku do kina na pierwszą część się nie wybrałem, bo nie znałem komiksu, a zwiastuny były słabe, tamten film okazał się jednym z najlepszych w tym całym "kinowym serialu" MCU. Sequela bronię pomimo negatywnych opinii. Jednak trzeciej odsłony wybronić nie potrafię nawet po zobaczeniu tego w 3D. Nie jest tak, że żałuję obejrzenia, ale gdybym wydał na to pieniądze poza "tanią środą" w naszym izraelskim kinie Cinema City, pewnie czułbym się oszukany. Z drugiej strony, jestem pewien, że obejrzenie wersji 3D "Ant Man i Osa: Kwantomania" w IMAX albo innym dobrym kinie z jakimiś efektami dałoby lepsze wrażenia wizualne. Nie sądzę, aby dostatecznie uśmierzyło to ból, ale w niektórych przypadkach mogłoby skutecznie odwrócić uwagę od nijakości wszystkiego, co dzieje się na ekranie.

Po zakończeniu kinowej serii zwieńczonej podwójnym filmem "The Avengers" twórcy stanęli przed poprzeczką ustawioną przez siebie samych na poziomie praktycznie nie do przeskoczenia. Udało się im jednak podtrzymać tzw. "hype" na ich uniwersum (MCU) za pomocą odważnych kreatywnie seriali. Te skutecznie trzymały widzów w stanie oczekiwania na kolejną fazę Marvel Cinematic Universe. Wiadomo było, że rozpoczęcie zabawy z tzw. multiwersum da twórcom nieograniczone możliwości eksploatacji marki. Tutaj bowiem zmartwychwstania, feministyczne wersje męskich bohaterów, różnorodność etniczna - nie raz nie mająca nic wspólnego z komiksami - nie stanowią problemu i są z góry usprawiedliwione nieskończonością możliwości, jakie dają niemal niepoliczalne linie czasowe.
Doskonałego, ikonicznego już złola Thanosa zastępuje Kang Zdobywca. Słabo to wyglądało już w finale pierwszego sezonu "Lokiego". Po prostu z tego całego Kanga nienajlepszy czarny charakter, bo mało demoniczny i mało przekonujący. W kinowym filmie dostaje on dużo czasu i nie czepiam się gry aktorskiej, bo Johnatan Majors potrafi zagrać i przyjemnego kolesia, i tego zabijającego niewinnych ot tak, ale nie kupuję jego motywacji - zupełnie przeciwnie do Thanosa.
Już miałem nadzieję, że Bill Murray zagości na dłużej i roznieci ogień w tym ponurym dziele, ale jego rola choć dobra, jest zbyt mała, aby znacząco zmieniła odbiór całości. Dwójki tytułowych bohaterów nawet nie widać jako prawdziwych protagonistów. Wcześniej były między nimi relacje ciągnące się przez oba filmy, a tu prawie nic.
Najsmutniejsze było oglądanie Michelle Pfeiffer, tym bardziej jeśli przypomnę sobie, kiedy cieszyłem się na jej widok, kiedy pierwszy raz pojawiła się w kinowym filmie u boku jednego z moich ulubionych aktorów - Michaela Douglasa. Oboje mają tu okropne role, ale odbieram je negatywnie z innych względów. Ojciec Hope nie ma tu niemal nic do zagrania i sam aktor wygląda bardzo niepewnie, kiedy scenarzyści gwałcą jego postać idiotyzmami, które musi wykonywać i mówić. Przykro na to patrzeć, nawet jeśli Douglas nie potrafi zagrać źle - przecież wystarczy że jest, bo to aktor charyzmatyczny. Za to jego ekranowa żona to tragedia większego kalibru. Co botoks i fluidy robią niepotrafiącymi się pogodzić ze starością aktorkami, widać było na przykładzie "Ocean's 8" i Sandry Bullock. Sama Michelle Pfeiffer w przeciwieństwie do Michaela Douglasa miała tutaj swoją oddzielną i ważną dla fabuły historię, ale im poważniejsza była, tym żałośniej to wyglądało. Podejrzewam, że te jej stanowcze miny nie tyle wyniknęły ze wskazówek reżysera, co z botoksu właśnie (patrz: "Legalna blondynka").
Co do córki głównego bohatera, potwierdza się powiedzenie, że z pięknych i kochanych dziewczynek wyrastają irytujące nastolatki. No dobra, może sam to powiedzenie wymyśliłem, ale to się tu sprawdza jak ulał. To już kolejna "nadinteligentna" nastolatka w MCU, która chociaż jak cała ta reszta "marvelowskiego" gówniarstwa wygląda raczej na osobę spędzającą 80% wolnego czasu na TikToku, a resztę w galeriach handlowych, aniżeli w bibliotece i laboratorium, to my mamy uwierzyć, że zbudowała urządzenie, które sporządza jakby mapę wymiaru kwantowego. Dodajmy, że jest irytująca, nieśmieszna i napisano jej do bólu generyczną rolę oraz debilne dialogi, no i mamy postać, której nikt nie chce oglądać, a za to istnieje ryzyko i groźba, że zostanie następczynią ojca. Nie zdziwiłbym się, bo przecież całe uniwersum doświadcza feminizacji, odwracania ról społecznych i multi-gejostwa oraz lesbo-wersum. Co do tęczowych i ich dumy, poza tęczowymi flagami na jednej z wystaw sklepowych tych wątków nam oszczędzono, za to uraczono babochłopem, którego podziwia młoda Cassie Lang i potworkiem co pragnie mieć dziury, bo żadnych nie ma, a także dla urozmaicenia rzucono w widzów kilkoma "fiutami". Zdaje się, że słowo "dick" zostało przetłumaczone dosłownie, bez krzty wyczucia widowni filmów z dubbingiem. Tak więc zamiast dla wersji, którą oglądają dzieci, przetłumaczyć to słowo pejoratywnym określeniem lżejszego kalibru (na przykład "dupek"), rzucono na lewo i prawo "fiutami", co wprawiło mnie, żonę i dziecko w nie lada konsternację. Gdyby tak dosłownie tłumaczono tytuły filmów, jak przetłumaczono słowo "dick", to bym jeszcze był w stanie zrozumieć taką skrupulatność tłumaczy, ale wszyscy wiemy, jakich gwałtów na spolszczaniu filmów i ich tytułów się robi, więc traktuję użycie tego wulgaryzmu w filmie dla dzieci jako wybryk polskich fiutów z działu translacji i nic więcej. Możliwe też, że to słowo przestało być wulgaryzmem. a ja najzwyczajniej w dobie przyspieszającej degradacji kultury jeszcze tego nie zauważyłem.
"Ant Man i Osa: Kwantomania" to film, w którym powrzucano wszystko na raz - bez wyczucia, ale z rozmachem, który stawia na ilość, a nie jakość. Stąd nierówne efekty specjalne, które lepiej już oglądać w 3D, bo inaczej kłują w oczy sztucznością, jeszcze bardziej umniejszając wiarygodności zdarzeń na ekranie. Nie stworzono żadnego ciekawego "cliffhangera", aby widzowie wstrzymali oddech i zechcieli jak najszybciej zobaczyć kontynuację wydarzeń - choćby w innym filmie MCU, jak to robiono do tej pory. Słowa promujące film, że niby "czegoś takiego jeszcze nie było", to zwykłe kłamstwo. Nie ma tu nic nowego, wszystko jest odtwórcze i po prostu przeciętne, za to rozdmuchane do granic przyzwoitości.
Luty 2023
Comentarios