top of page

"Star Wars: Co kryje Dzika Przestrzeń. Sidła" by Cavan Scott

  • Zdjęcie autora: Michał Krzycki
    Michał Krzycki
  • 6 lip 2023
  • 3 minut(y) czytania

Nie wiem, czy kogoś to zdziwi, ale pomimo, że uważam siebie za ponadprzeciętnego fana "Gwiezdnych Wojen" i nie tylko co jakiś czas oglądam wszystkie filmy od początku, ale jestem na bieżąco z serialami (również rysunkowymi, także tymi sprzed wielu lat), uwielbiam wszystkie filmy, nawet jeśli nagromadzona w nich ilość idiotycznych elementów zdaje się być zbyt duża, to jednak książek postanowiłem nie czytać. Nie mam zamiaru zagłębiać się w nielogiczności, które stworzyły oddzielne kategorie - kanon i legendy - zwyczajnie nie interesuje mnie, co ktoś dopisał do tego, już wcześniej zostało nagrane jako film. Uniwersum traktuję jako przekaz stricte filmowy/telewizyjny.

Któregoś razu moja córka przyniosła z biblioteki szkolnej "Star Wars: Co kryje Dzika Przestrzeń. Sidła", no i siłą rzeczy - bo książka jest bardzo krótka - postanowiłem szybko ją przeczytać i przekonać się, czy takie wydania wnoszą coś do mojej wiedzy o moim ulubionym uniwersum. Nie, nie wnoszą. Teraz wiem to na pewno.

Dwie książki Star Wars dla dzieci
Okładki książek Star Wars: Adventures in Wild Space

Kiedyś jako fan, wdawałem się w dyskusje na temat "Star Wars" z młodszymi ode mnie kolegami z pracy, którzy okazali się posiadać znacznie większą wiedzę na temat tego uniwersum. Przytłoczony ilością szczegółów, o których jako fan jedynie kinowo-serialowej sagi nie wiedziałem, zdziwiło mnie to, jak wiele z tych ciekawostek nie pojawia się nigdzie indziej poza książkami i komiksami. Nie zachęciło mnie to do czytania, ponieważ wolę klasykę i publicystykę od fantazji pisanej na zamówienie w ramach franczyzy, szczególnie, że to wymądrzanie się moich znajomych oraz traktowanie tej wiedzy jako filmowego dogmatu wydało mi się nieco śmieszne. Nawet jako fan, nie przesadzałbym z podniecaniem się takimi szczegółami, które ktoś tam napisał, bo akurat zrobiło się na to miejsce pomiędzy jednym a drugim wydarzeniem z filmu. Dla mnie filmy to podstawa, a na resztę szkoda mi czasu.


Sama książka Cavana Scotta wydana została całkiem ładnie, z obowiązkowymi rysunkami, co nie jest bez znaczenia dla młodych czytelników, ale i także mi podoba się takie urozmaicenie, bo i łatwiej zawiesić na czymś oko, kiedy co jakiś czas oglądamy ilustracje. Głównymi bohaterami jest rodzeństwo uciekające przed agentami Imperium Galaktycznego. Milo i Lina Grafowie mają jeszcze jako towarzystwo na swoim statku kosmicznym droida CR-8R (Crater) i kowakiańską małpojaszczurkę.

Na początku, zupełnie jak w filmach, trafiamy w wir akcji i zmuszeni jesteśmy łapać każdy detal, z którego możemy dowiedzieć się czegoś pożytecznego o sytuacji, w jakiej znalećli się bohaterowie. Wraz z kolejnymi rozdziałami poznajemy też szczątkowe informacje o uwięzionych rodzicach dwójki młodych bohaterów. Opisy walk, ucieczek, żarty oraz te poważniejsze momenty, wszystko to zdało mi się tak nieciekawe, że jak mało która książka, ta bardzo mnie wynudziła i to w krótkim czasie. Wylądowanie na planecie, odkrywanie jej, akcje szpiegowskie, zdrada, ucieczka, pościg, sprytne dzieci wykorzystujące wiedzę i umiejętności do wyjścia z opresji i zapowiedź dalszego eksplorowania kosmosu w poszukiwaniu rodziców, a w międzyczasie ochłapy dla fanów, którzy czekali na choćby wspomnienie o jakiejś postaci znanej z filmów - nie jakimś Kapitanie Kordzie, który daje się oszukać dzieciom, ale na przykład Vaderze - to wszystko wystarczająco zniechęciło mnie do nie czytania kolejnych części. Zresztą jeśli nawet córka przyniesie mi drugą część pt. "Gniazdo", to i tak jest to ostatnia wydana w naszym kraju. Wtedy dopiszę ją do tej recenzji, nie spodziewając się jednak po niej niczego dobrego.


Rozumiem, że idea sprzedania książek dzieciom, które warto zachęcić do polubienia uniwersum "Gwiezdnych Wojen", aby razem z nami radowały się niesamowitością filmów z tej serii, ogólnie jest szczytna, a poszerzanie wiedzy o "Star Wars" jest ciekawe, ale po pierwsze jakość literacka jest tutaj marna, a po drugie każdy potrafi wziąć jakieś pomysły na opis planety, zmieszać je z innymi i uznać, że oto nasza wiedza o nieznanym wcześniej terenie z naszego ulubionego uniwersum została poszerzona. Dla mnie są to słabe argumenty. Od kiedy Disney kupił prawa od Lucas Film, potrzeba eksploatowania marki stała się większa od zdrowego rozsądku, który nakazałby oszczędne rozbudowywanie uniwersum, aby nie zniechęcić nim wszystkich w krótkim czasie. Aby wytrwać w tym uwielbieniu do "Gwiezdnych Wojen", warto oddzielać ziarno od plew i nie połykać wszystkiego oznaczonego logiem "Star Wars", co tylko sprzedawcy rzucają nam na żer co sezon.


Comments


bottom of page