top of page

"Kongres futurologiczny" by Stanisław Lem

  • Zdjęcie autora: Michał Krzycki
    Michał Krzycki
  • 15 sty
  • 3 minut(y) czytania

Chyba każdy inny czytelnik, kiedy nie przypadną mu do gustu dwie książki danego autora, po prostu darowuje sobie trzecią. Ja byłem uparty i po niezbyt satysfakcjonujących mnie lekturach pt. "Głos Pana" oraz "Opowieści o pilocie Pirxie", dałem się przekonać koledze, że źle zacząłem swoją przygodę z Lemem – tak jakby od niewłaściwej strony. Polecił mi inne, no i przy pierwszym lepszym bliskim spotkaniu trzeciego stopnia z przenoszonym od galerii handlowej do galerii handlowej antykwariatem wybrałem z takowego kilka ładnie wydanych książek Lema. "Kongres futurologiczny", znałem już z adaptacji kinowej "Kongres", która zrobiła na mnie dobre wrażenie, będąc wizualnie niemal tak odjechaną jak "Życie świadome". Filmu nie będę już dalej wspominał, napiszę tylko tyle, że obejrzenie go wcale nie psuje zabawy z czytaniem oryginału, bo wizje autora książki i twórców animacji różnią się znacząco. Po przeczytaniu książki chcę pochwalić filmowców osiągnięciem wyjątkowo niełatwym, a mianowicie uchwyceniem na taśmie filmowej tego trudnego do opisania rodzaju humoru podszytego bardzo pesymistyczną, jakby dystopijną wersją świata, w której to dodatkową trudnością dla filmowców było ukazanie narkotycznych wizji i to jednej nakładającej się na drugą. Jeśli ktoś czytał książkę, może spokojnie obejrzeć film, a zamiast czepiać się różnic i nieścisłości, bawić się rozpoznanymi fragmentami z książki oraz tymi zupełnie innymi od oryginału, ale fantastycznie pasującymi do wizji świata stworzonego przez Stanisława Lema. Ja po obejrzeniu i przeczytaniu, wrócę jeszcze do filmu, bo chcę na niego spojrzeć raz jeszcze, ale tym razem już oczami czytelnika, aby czerpać z niego więcej niż przedtem.

Tak więc "Kongres futurologiczny" jest tą książką, która przełamała moje uprzedzenia wobec twórczości słynnego fantasty. Teraz powinno być już z górki. Zaczęło się jednak niezbyt łatwo, bowiem nadal czułem, że Lem nie był w stanie na żadnym etapie pisania książek odpuścić sobie naukowych szczegółów. Dochodzi jeszcze problem z szokiem poznawczym, bo chociaż Ijon Tichy jest głównym bohaterem trochę swoją przeciętnością przypominającym mi pilota Pirxa, to poziom absurdu i groteski świata przedstawionego, który protagonista dostarcza nam w tempie wysokim, uderza w czytelnika niczym deszcz meteorów już od pierwszego rozdziału i jest niełatwy do przyjęcia dla kogoś, kto wcześniej znał Lema z raczej poważnych dzieł. Ten początek trzeba było mi przetrwać, jak najszybciej załapując dystans i poczucie humoru. Nie każdy zaakceptuje tego typu mruganie okiem do czytelnika.

Seria: "Dzieła Stanisława Lema"[Wydawnictwo literackie]

Tytułowy kongres futurologów, w którym główny bohater bierze udział praktycznie z miejsca wydaje się być napisany przez grupę Monty Pythona podniesioną do potęgi. Takiego szaleństwa nie ma nawet w filmie "Brazil". Ta pierwsza część książki to dopiero początek wariactwa, a już czytamy o skretyniałej ludzkości w przyszłości, która nieodparcie kojarzy mi się z tym, czego doświadczamy już dziś:


"Tylko głupiec i kanalia lekceważy genitalia, bo najbardziej jest dziś modne reklamować części rodne."


Wszystkie te debaty i wystąpienie futurologów na kongresie gdzieś po drugiej stronie Atlantyku zdają się być wyśmianiem wizji przyszłości, którą przynajmniej do lat 70-tych ubiegłego wieku snuto w książkach i filmach. Pomysły dotyczące zmian na planecie zazwyczaj tyczą się ograniczenia populacji. Jednak głównym konceptem autora jest pokazanie sposobu na pozbycie się wszystkich problemów ludzkości, a rozwiązaniem staje się iluzja wprowadzona masowo poprzez chemię. Przypomina mi to "The Matrix", tylko że zamiast ludzi smutno leżących bez ruchu w zbiornikach, przygoda w książce opiera się na oglądaniu upadłego świata przyszłości tuż przed katastrofą klimatyczną – a dokładniej przed zlodowaceniem planety – z dwóch stron różowych okularów. Raz widzimy świat, który jest realny, a następnie doświadczamy wraz z głównym bohaterem jako narratorem tego samego co otępiałe od halucygenów społeczeństwo. Na to akurat byłem gotów, bo znałem film, ale książka wychodzi z wieloma więcej pomysłami na to, jak kreatywnie otępić społeczeństwo, aby z uśmiechem na gębach znosiło niedostatek praktycznie wszystkiego. Na filmie, spojrzenie na świat realny po tym długim czasie oglądania iluzji jest szokiem niezapomnianym oraz jakby głównym, punktem zwrotnym. Tutaj raczej nie jest to wielką tajemnicą, ale kto by pomyślał, że Lem będzie w stanie utrzymać czytelnika w zaciekawieniu, tam bogato racząc go jednym pomysłem lepszym od drugiego w dziedzinie oszukiwania zmysłów ginącego społeczeństwa. Mało, że autor wymyślił setki rodzajów halucynogenów, a każdy na coś innego, kunsztem literackim jest stworzyć dla nich odpowiednie nazwy, tak aby oddawały ich charakter w komediowy sposób. Jeśli książka ta tłumaczona jest na wiele języków, już sobie wyobrażam ten koszmar tudzież szansę popisania się kreatywnością tłumaczy.


Jeśli zaś idzie o sposoby na pacyfikację obywającej się bez podstawowych produktów ludzkości, autor żyjący w czasach PRL musiał o tym sporo wiedzieć, ale tzw. Zachód może dziś czerpać z tego naukę, bo dobrowolnie przeżywa podobne rzeczy od wielu lat. Wszystko też wskazuje na to, że tak jak i w książce, nawet jeśli zobaczy pierwszą zdartą zasłonę kłamstwa, pod nią są jeszcze kolejne, których istnienia niewielu się domyśla. Sądzę, że ta książka była i jest prorocza. Dostarcza śmiechu przez łzy, bawi, uczy, przeraża i do tego udowadnia, że Lem niejedną miał twarz i wiele talentów.


Styczeń 2025


Comentários


bottom of page