„Bajki robotów" by Stanisław Lem
- Michał Krzycki
- 8 lut
- 4 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 8 lut
Trudne były moje początki z Lemem. Najwyraźniej źle zrobiłem, że nie zaufałem sprzedawcy w antykwariacie i uparłem się na inne dzieła, niż te przez niego polecane. Trzeba było zacząć od „Bajek robotów". Wówczas inaczej patrzyłbym na te trudniejsze lektury pokroju „Głosu Pana".
Po lekturze już kilku dzieł tego autora, wyraźnie widzę, że chociaż miał on swój rozpoznawalny styl, jak na razie każda z książek wydała mi się całkowicie odmienna od pozostałych. Ten charakterystyczny styl nie polega bowiem na jakimś podobnym układaniu zdań albo konstrukcji opowieści. Nawet te elementy mocno od siebie odbiegają. Typowo bajkowy styl, który idealnie pasuje do książki z bajkami, nie ma prawa być podobnym do tego z choćby „Głosu Pana" albo „Kongresu futurologicznego”, a nawet „Opowieści o Pilocie Pirxie". Główne podobieństwa we wszystkich dotychczasowych książkach widzę we wszechobecnych wtrąceniach naukowych, najwyraźniej pisanych przez prawdziwego pasjonatę nauk ścisłych – matematyki, fizyki, chemii itp. Przy „Głosie Pana", nabrałem podejrzeń, że poza tymi mądrościami, które kojarzą mi się z najgorszym stresem czasów szkoły podstawowej i szkoły średniej, autor najwyraźniej nie posiadał talentu pisarskiego potrzebnego do napisania przede wszystkim pięknych historii, za to zapewne różne ciekawe pomysły były dla niego pretekstem do poumieszczania, gdzie się tylko dało naukowych wstawek dla pasjonatów kosmosu, liczenia, doświadczeń chemicznych albo obliczeń fizycznych. Te naukowe nudy zdawały się być nierozłącznym elementem każdego rodzaju historii, którą Lem napisał. Lektura z historiami o Pilocie Pirxie tylko to potwierdziła, ale zdanie zmieniłem po „Kongresie futurologicznym", gdzie kreatywność słowotwórcza Lema, niemal nieograniczona wyobraźnia i to niesamowite poczucie humoru udowodniły mi, że przez te wszystkie lektury miałem cały czas do czynienie z pewnego rodzaju geniuszem, a przynajmniej z pisarzem tak utalentowanym, że nie do zignorowania. No i cóż za niespodzianka – „Bajki robotów" jeszcze bardziej mnie w tym przekonały.

W przypadku „Bajek robotów" te opisy naukowe także są wszechobecne, ale brzmią one inaczej niż w poprzednio przeczytanych przeze mnie książkach. Są widoczne chyba niemal na każdej stronie, praktycznie w każdym opowiadaniu jest ich pełno. No i tak – często irytowały mnie jak i w innych dziełach tego autora, ale ze względu na lekkość baśniowego stylu „Bajek robotów", nie miałem z nimi wielu utrapień. Wszystkie te naukowe mądrości pisane były w taki lekki sposób, aby po tę lekturę mogły sięgnąć dzieci. Fakt – dziś będą to raczej wyjątkowo uzdolnione dzieci, ale jak na standardy dawnych czasów, „Bajki robotów" mogłyby być lekturą szkolną w podstawówce. Zamiast tego, pamiętam, że jako uczeń męczyłem się z jakimiś pojedynczymi opowiadaniami o Pilocie Pirxie, z czego nic zrozumiałem, a i po samej nauczycielce widać było, że też chciała temat Lema mieć już za sobą.
Przebijający się przez kolejne krótkie bajki geniusz Lema daje o sobie znać praktycznie przy każdym rozdziale, bo autor potrafił w nich umieścić treści trafiające – a jakżeby inaczej – dla dzieci, przy jednoczesnym potraktowaniu ich poważnie, dając im możliwość zagłębienia się w przynajmniej dwa „poziomy wtajemniczenia" – opcjonalne, rzecz jasna. Pierwszym są wspomniane naukowe wstawki, czyli te wszystkie kosmiczne, fizyczne, matematyczne i chemiczne ciekawostki, które ciekawe świata dziecko może chcieć zgłębić, aby bardziej zrozumieć akcję poszczególnych bajek. Drugim poziomem są analogie do ludzkich doświadczeń z absolutnie najrozmaitszych dziedzin. Trochę jak „Folwark zwierzęcy" niektóre z metropolii robotów cierpią na bolączki związane despotią władców, ich strachem przed utratą władzy, terrorem. Jeszcze ciekawsze jest zgłębianie w rzeczywistości ludzkiej natury, którą Lem tylko przypisał robotom jako bohaterom swoich bajek, ale przy jednoczesnym komentarzu człowieczeństwa widzianego okiem robota. Bo ludzie, choć rzadko, to jednak pojawiają się na kartach jednej czy drugiej bajki, ale zawsze jako ten obcy, mało poznany element – coś jak kosmita w Strefie 51.
Jeszcze jedno o nieprzeciętnej umiejętności słowotwórczej, z którą pierwszy raz spotkałem się przy okazji czytania „Kongresu futurologicznego”, w którym ilość nowych, zabawnych, kreatywnych słów była przygniatająca. Podobnie jest w „Bajkach robotów", tylko że tutaj zamiast nowomowy w stylu „Roku 1984" albo socjalistycznej mieszanki wyrazów łączonych w jeden skrót, dziwolągów słownych nierzadko odwracających pojęcia, mamy starą dobrą szkołę baśni, w której bajkowe nazewnictwo ma za zadanie uruchamianie wyobraźni czytelnika, aby nie pozostawić mu wątpliwości, z jakim gatunkiem ma on do czynienia. Jednocześnie ta bajkowa forma wyrazów łączona jest z pojęciami naukowymi, co tworzy całą masa przeciekawych imion i nazw. Już sobie wyobrażam te setki tłumaczy na inne języki, którzy próbują zrozumieć znaczenie oryginalnych słów, które zainspirowały Lema do stworzenia tych pięknych tworów, no i nawet jeśli jakimś cudem udało im się dobrać jakieś odpowiedniki w innym języku, pozostaje jeszcze gra słowna oraz dźwiękonaśladowczość i te wszystkie elementy typowe dla języka polskiego.
Moim ulubionym opowiadaniem, którego nigdy nie zapomnę i pewnie będę do niego wracał, jest „Przyjaciel Automateusza". Opowiadanie, które nie pozostawia wątpliwości co do unikalnego charakteru człowieka jako istoty wyjątkowej, której wiele z pozoru irracjonalnych działań napędza nadzieja – rzecz obca robotom, kierującym się analityką. Jeszcze inna sprawa, że akurat "Przypadki Robinsona Cruzoe" były pierwszą szkolną lekturą, która mnie wciągnęła i pozwoliła zrozumieć, że książki w dobie telewizji, kina, gier komputerowych mogą być ciekawe, a „Przyjaciel Automateusza" właśnie z tamtym dziełem mi się skojarzył. Obawiam się, że wszystko co napiszę o tym opowiadaniu, będzie tak trywialne, że będę się tego później wstydził, tak więc odpuszczę sobie analizę, a zamiast tego polecę wydanie z serii „Dzieła Stanisława Lema"[Wydawnictwo Literackie], bo komentarz Jerzego Jarzębskiego po przeczytaniu wszystkich opowiadań jest czymś więcej niż podsumowaniem i wisienką na torcie. Pozwala spojrzeć na dopiero co przeczytane dzieło innym okiem, z pewnością dostrzec parę rzeczy, których nie wychwyciliśmy podczas czytania. Jerzy Jarzębski zmarł niemal dokładnie rok przed tym, jak napisałem ten tekst, więc niech to będzie mój mały hołd dla niego. Już przy komentarzu do „Kongresu futurologicznego” wiedziałem, że czytam tekst osoby nieprzeciętnie utalentowanej.
Luty 2025
Comentários