"W hołdzie Katalonii" by George Orwell
- Michał Krzycki
- 18 paź 2024
- 7 minut(y) czytania
Już od dłuższego czasu czytam nie te książki, które czekają na mnie od lat, ale te trafione na wyprzedaży, na tymczasowych stoiskach antykwariatów albo jako dokupione, na przykład w ramach dobrania dowolnego "innego produktu od tego samego sprzedawcy" na Allegro. Także nie ukrywam, że gdyby nie taki kolejny przypadek, to może w ogóle nie szukałbym pamiętników George Orwella z okresu sprzed jego najsłynniejszych dokonań literackich, no bo i po co? Byłem jednak świadom, że w książce "W hołdzie Katalonii" znajdują się poniekąd odpowiedzi na pytania o inspiracje autora w późniejszych jego dziełach. Mnie te inspiracje niewiele jednak obchodzą, no i nie dlatego ją kupiłem. Bardziej ciekawiła mnie wojna domowa w Hiszpanii, bo moja wiedza na jej temat była zaledwie szczątkowa, no i mocno mnie to zaczynało denerwować, bo informacje posiadane przeze mnie do tej pory, nie układały się dotąd w żaden sensowny obraz, poza takim czarno-białym – komuniści byli źli, Sowieci rozpalili ogień rewolucji, mordowali zakonnice, niszczyli kościoły, a po drugiej stronie stali patrioci, przez przeciwną stronę jak zwykle zwani faszystami, itp. Liczyłem na rozwianie moich wątpliwości, pogłębienie tematu, a przy okazji na dobre pióro Orwella. Ostatecznie jestem zadowolony, że mam tę książkę w swojej kolekcji.

Nie do końca byłem w stanie z całości wyciągnąć lekcję historii. Z kilku powodów obraz ten pozostaje dla mnie niepełny, ale nie mogę napisać, żebym żałował czasu spędzonego nad tą lekturą. Zaczynam też rozumieć Stanisława Michalkiewicza, który często powtarza swoim widzom i czytelnikom, że pamiętniki są fenomenalnym narzędziem poznawania przeszłości. Zaczynam ogromnie cenić sobie ten gatunek literacki. Autor "W hołdzie Katalonii" tłumaczy się trochę z tego, że część jego dzieła musiał poświęcić karkołomnej próbie wytłumaczenia nie tylko międzynarodowej sytuacji politycznej tamtego okresu, ale przede wszystkim wewnętrznej polityce Hiszpanii. Wytłumaczenie tej drugiej wydaje mi się równie nieskuteczne, jak tłumaczenie dziecku, dlaczego rząd, który jest Polski, tak naprawdę jest jedynie polskojęzyczny. Zastanawiam się, czy jestem jedynym, który pogubił się w tym już na samym początku. Ilość partii walczących przeciwko rządom "faszystów" wprowadza masę konfuzji, szczególnie jeśli ktoś nie orientuje się w sytuacji Hiszpanii sprzed II wojny światowej.. Kiedy tak czytałem o tych socjalistycznych, komunistycznych, anarchistycznych partiach, a ich mylące nazwy od razu mi się ulatniały, to skojarzyła mi się scena z brytyjskiej komedii "Żywot Briana", kiedy sami członkowie partii żydowskich nie wiedzieli, kto do jakiej należy. A problematyka, choć wydaje się zabawna, ostatecznie okazuje się nie być bez znaczenia, bo kiedy dochodzi do śmiertelnych potyczek tychże, naprawdę nie mamy pojęcia, dlaczego jedni strzelają do drugich.
W ogóle ta wojna domowa to festiwal skrajności, niepodobny do tego, co znamy ze swojego polskiego podwórka. Sposób, w jaki o Hiszpanach pisze Orwell z perspektywy Anglika jest naprawdę przezabawny i zadziwiający. Dochodzi do opisów podziwu, a za chwilę szoku kulturowego. Jednak największe wrażenie robią opisy niewygód, wszechobecnego głodu, bylejakości zaopatrzenia, braku niemal wszystkiego, smrodu, zimna, no i gdyby nie co jakiś czas śmierć zaglądająca w oczy, rany postrzałowe albo od granatu, to zapomnielibyśmy – zresztą podobnie jak i sami żołnierze – że mowa tam przecież o prawdziwej wojnie:
"Może to dziwne, ale lękałem się zimna o wiele bardziej niż przeciwnika".
"...a tymczasem przeciwnika mogło na dobrą sprawę w ogóle nie być; troszczyliśmy się jedynie o to, aby nie zmarznąć i aby otrzymać należyte wyżywienie".
Czego nie mogłem rozgryźć – bo nie było to głębiej wytłumaczone – to chęć brania udziału autora w socjalistycznej rewolucji. Może zrobił to dla lepszego samopoczucia zwanego "walką z faszyzmem". Sam Orwell przyznaje to na kartkach swojej książki, że to nie wojna domowa, a początek rewolucji" (komunistycznej, bo niby jakiej innej?) i pisze:
"...wiadomo bowiem, że polityka partii komunistycznych we wszystkich krajach jest w istocie polityką ZSRR".
Najcenniejsze są i będą te fragmenty, które pasują do współczesnej sytuacji pomimo upływu tylu lat. Czyż poniższe fragmenty nie mogłyby być w stu procentach użyte do opisu takiej na przykład "wojnie na Ukrainie"?
"Cała wojenna propaganda, wszystkie te pokrzykiwania, kłamstwa, wyrazy nienawiści, uprawiana każdorazowo przez ludzi, którzy nie wąchają prochu, jest jedną z najokropniejszych cech wojny".
"Tak samo dzieje się na każdej wojnie; żołnierze biją się, dziennikarze urządzają kocią muzykę, a żaden prawdziwy patriota nigdy nie zbliży się do frontowych okopów, chyba że zabiorą go na krótki propagandowy objazd. Często sprawia mi przyjemność myśl, że samolot odmienia sytuację na wojnie. Jeśli dojdzie do wybuchu następnej wielkiej wojny być może zobaczymy, po raz pierwszy w historii, podziurawionego pociskami pseudopatriotę, który nawoływał do nienawiści".
Sporo w tych pamiętnikach dowodów na to, że komunistyczny motłoch zachowuje najniższe standardy we wszystkich chyba dziedzinach, niezależnie od kraju, w których przychodzi mu toczyć rewolucyjny bój. Jak tylko zdobywano jakąś posiadłość "faszysty", przejmowano ją w sposób iście bydlęcy, zamieniając budynek w latrynę. Kiedy kopano grób poległemu towarzyszowi, wypisywano jakieś śmieszne wierszyki albo cokolwiek innego, aby tylko nie poruszyć tematu Nieba, a jeśli nawet trafił się mały krzyżyk i jakieś zdanie wspominające Boga albo Niebo, jeden lub drugi wojujący ateista zaraz go zacierał. Poniższe także przypomina to, co znamy z naszej polskiej powojennej rzeczywistości:
"Kto był w Barcelonie w owym czasie albo parę miesięcy później, ten zawsze będzie pamiętał tę straszną atmosferę — strach, podejrzenia, nienawiść, cenzurowanie gazet, zatłoczone więzienia, ogromne kolejki po żywność i grasujące, uzbrojone bandy".
Mamy też ciekawe wspomnienia oczerniania całych grup konkurujących ze sobą o wpływy podczas tego konfliktu o nic innego jak trockizm. Jak to czytałem, brałem pod uwagę, że Orwell wykorzystał później te doświadczenia w książce "Rok 1984".
Jest też coś w tych pamiętnikach, co przypomina mi o wspomnieniach powstańców warszawskich, którzy pomimo oczywistych okropności wojny, chętnie wspominają wydarzenia z dzieciństwa. Chyba rozumiem dlaczego i właśnie poniższe słowa trafiają do mnie tym bardziej, im starszy jestem, z respektem czytając ryzykowanie życiem autora dla sprawy – jakakolwiek by ona nie była pod względem ocen politycznych:
"Jakże okropne były te wydarzenia, kiedy się dokonywały, i jakże chętnie teraz do nich wracam myślą".
Aby nie mieć wątpliwości, że autor napisał "W hołdzie Katalonii" jako przestrogę, wspomnę jeden z moim ulubionych fragmentów o powrocie z urlopu na front żołnierzy:
"Była to scena niczym alegoryczny obraz wojny — zapełniony świeżymi żołnierzami pociąg wyjeżdżał dumnie na front, okaleczeni żołnierze wolno stamtąd wracali, a tymczasem widok dział na otwartych platformach pobudzał serca do mocniejszego bicia, bo działa zawsze robią wrażenie, i wyzwalał zgubne uczucie, że wojna jest mimo wszystko wspaniała".
Najbardziej lubię spostrzeżenia, które dostarczają tylko pamiętniki, co między innymi czyni tę formę literacką tak wyjątkową:
"Byłem zaskoczony, że życie na wybrzeżu biegło zgoła normalnie: eleganckie kawiarnie wzdłuż promenady, zażywni miejscowi mieszczanie kąpiący się i opalający na leżakach, jak gdyby nie było wojny w promieniu tysiąca mil. A jednak tak się akurat złożyło, że widziałem, jak utopił się jakiś plażowicz, i to — rzecz niesłychana— w płytkim i ciepłym morzu".
I tutaj rzecz według mnie wspaniała, czyli angielskie poczucie humoru. Pomijając interesujący komentarz na temat dowolności rozkładu jazdy pociągów – tak typowej rzeczy dla Hiszpanów i krajów południa Europy – mamy sporo próbek wspaniałej angielskiej komedii typu "M*A*S*H" w połączeniu ze "Światem Dysku":
"Moja rana była w pewnej mierze osobliwością i różni lekarze przychodzili, aby ją obejrzeć. Cmokając ustami powtarzali: »Que suerte! Que suerte!« Jeden z nich autorytatywnym tonem powiedział mi, że pocisk minął tętnicę „o milimetr". Nie mam pojęcia, skąd o tym wiedział. Żadna ze spotkanych wówczas osób — lekarze, pielęgniarki, practicantes, współpacjenci — nie omieszkała zapewnić mnie, że człowiek, któremu kula przebiła szyję i przeżył, jest wybrańcem losu. Nie mogę się oprzeć myśli, że los okazałby się jeszcze łaskawszy, gdybym w ogóle nie został trafiony".
Monty Python natomiast nie powstydziliby się poniższej scenki, a przecież jest ona prawdziwa, więc tym zabawniejsza: "Księżna Atholl pisze (Sunday Express z 17 października 1937 roku): »Byłam w Walencji, w Madrycie i w Barcelonie... panuje tam idealny porządek, bez żadnej demonstracji siły. Wszystkie hotele, w których się zatrzymałam, były nie tylko «normalne» i «przyzwoite», ale też niezwykle komfortowe, pomimo niedoborów masła i kawy.« Oto właśnie charakterystyczna cecha angielskich turystów — są całkowicie przekonani, że na zewnątrz eleganckich hoteli nie istnieje już nic. Mam nadzieję, że znaleziono trochę masła dla księżnej Atholl."
Te angielskie zabawne wstawki są prawdziwą wisienką na torcie, a pojawiają się coraz częściej, im bliżej końca książki, jak choćby to:
"Ogarnęła mnie przemożna chęć ucieczki od tego wszystkiego: od okropnej atmosfery podejrzeń i nienawiści; od ulic zatłoczonych przez uzbrojonych żołnierzy; od nalotów, okopów, cekaemów; zgrzytliwych odgłosów tramwajów; herbaty bez mleka; gotowania na oliwie i niedoborów tytoniu — od niemal każdej rzeczy, która kojarzyła mi się z Hiszpanią".
...albo to:
"Wszelako usłyszeliśmy sakramentalne mańana i zostawiono nas ostatecznie w spokoju."
Aby jednak nie pozostawiać czytelnika w nastroju zbyt wesołym, zostaje on sprowadzony na ziemię, kiedy pod koniec książki daje o sobie znać nie tylko wojna i jej skutki – coraz większy niedobór wszystkiego, ranni na lewo i prawo, a przede wszystkim stare bolszewickie przyzwyczajenia, które zaczynają się od pomówień o zdradę, powodując partyjne czystki (tutaj likwidację partii PUOM, czyli Partii Robotniczej Zjednoczenia Marksistowskiego), co kończy się uwięzieniem i nieraz śmiercią wielu niewinnych osób, nierzadko nawet przypadkowych. Osobą, która o włos takiej śmierci uniknęła, był nie kto inny jak sam autor "W hołdzie Katalonii", co bez dwóch zdań musiało wpłynąć na jego największe dzieła: "Folwark zwierzęcy" oraz "Rok 1984".
Z perspektywy wiedzy historycznej i politycznej, wyjątkowo cenne wydają się relacje, które stawiają tezę albo nawet udowadniają, że komuniści od samego Stalina zwalczali rewolucję socjalistyczną w Hiszpanii. Parę razy wracałem przewertować poprzednie strony, aby upewnić się, czy czegoś nie przeoczyłem – tak bardzo nie rozumiałem, jak to możliwe, żeby sowieckie służby zwalczały rewolucję. Zawsze wydawało mi się, że to im najbardziej zależało na jej dokonaniu. No i tu się zaczynają interesujące niuanse. Pozostaje jeszcze pytanie, czy przed przeczytaniem "W hołdzie Katalonii" nie powinno się lepiej poznać tła politycznego, aby podczas czytania tych pamiętników od razu właściwie umieścić ich bohatera w konkretnym kontekście historycznym. Inaczej można się pogubić. Jestem przekonany, że nie tylko ja czułem się jak podczas seansu "Żywotu Briana" od Monty Pythona:
"Ludowy Front Judei to rzymski kolaborant! Tylko Popularny Judejski Front Ludowy!..."
Komentarze i oceny tej książki są mieszane, tak więc przed jej zakupem, skonsultuj się ze swoją dawną panią od historii albo przynajmniej opiniami czytelników.
Październik 2024
Comments