"Rzeźnia numer pięć" by Kurt Vonnegut
- Michał Krzycki
- 27 cze 2024
- 2 minut(y) czytania
Film z 1972 roku był chyba moim pierwszym zetknięciem się z twórczością Kurta Vonneguta. Dziwnie nazwać film twórczością pisarza, ale po przeczytaniu całej książki, mimo że od obejrzenia minęło sporo lat, mogę z czystym sumieniem napisać, że kinowe dzieło jest bliskie oryginałowi. Nawet cieszę się, że najpierw obejrzałem film. Łatwiej było mi się zorientować w tym, co się dzieje w książce, łatwiej zrozumieć dramatyzm, humor, no i tę słynną ironię autora, którą załapałem natychmiast i zakochałem się w niej – wpierw zaimponowała mi w filmie "Rzeźnia nr 5", później w książce "Rysio Snajper". Te kilkanaście albo dwadzieścia lat temu nawet nie zdawałem sobie sprawy, że Vonnegut stanie się obok Waltariego moim ulubionym pisarzem, a jego książki także będę czytał raczej powoli, bo dużą uwagą, wiedząc, że przecież nic nowego już obaj nie napiszą.
Zdarza się.

Już w "Sinobrodym" wątków autobiograficznych pojawiło się wiele, a tutaj także wydają się być obecne w wielu detalach, chociaż sam autor nie chciał, aby te książki tak postrzegać. Ponoć w każdym dziele jest jakiś pierwiastek autobiografii albo cech autora. Nie potrafię rozłożyć na czynniki pierwsze takiego arcydzieła jak "Rzeźnia numer pięć", nie wiem, jak ubrać w słowa swój zachwyt, więc napiszę tylko to co namacalne. Kolejny raz już lektura wciąga mnie od pierwszej kartki. Nie wiem też, czy istnieją filmy równie nieprzewidywalne i oryginalne jak książki Vonneguta.
Głównym bohaterem jest weteran wojenny, który nie zasłużył się w wojnie niczym specjalnym. Trik polega na tym, że czytelnika interesuje wszystko, co widział główny bohater, kogo poznał i co ciekawego przeszedł, ale nie oczekuje od niego niczego ponadprzeciętnego w działaniu. Wszystko co ponadprzeciętne to komentarz oraz niektóre wydarzenia, ale takie, na które główny bohater i tak nie ma za bardzo wpływu. Gdyby wydarzenia przedstawić liniowo, zapewne efekt byłby znacznie słabszy. Czytalibyśmy wtedy o końcówce II wojny światowej, życiu weterana w cywilu, kończąc na wyprawie międzygwiezdnej. Jednak dzięki genialnemu pomysłowi na użycie traumy powojennej oraz wypadku, rzucani jesteśmy zupełnie jak umysł bohatera na przemian do różnych wydarzeń z jego życia oraz tego, co prawdopodobnie jego uszkodzony umysł pomieszał z fantazją, w dziwny sposób połączył z momentami autentycznie mającymi miejsce, dodał do tego wydarzenia urojone oraz gdzieś przeczytane albo obejrzane. Gdyby tu chodziło o taki miszmasz dziwactw i dramatów, to byłaby połowa sukcesu. Jednak geniusz polega na tym, że ta w zamyśle autora pierwsza jego książka, to niechybnie dzieło antywojenne, a takie jest antywojennym tym bardziej, jeśli odnosi się do faktów. Tak się składa, że bombardowanie Drezna, którego sam był świadkiem, opisał Vonnegut bardzo wymownie, a ten obraz jest wystarczająco drastyczny, żeby nie umniejszało mu nawet nagminne stosowanie ironii – które według mnie, u Vonneguta zawsze jest na miejscu. Nikt przecież ironią nie odbierze powagi śmierci tysięcy cywili.
Zdarza się.
Czerwiec 2024
Comments