"Opowieści z Narnii" by C. S. Lewis
- Michał Krzycki
- 26 sie 2023
- 4 minut(y) czytania
"Opowieści z Narnii" znałem jedynie z kinowych produkcji oglądanych dawno temu na tzw. DivX'ach i jako młodzieniec zafascynowany mroczniejszymi wersjami fantasy, jak choćby tymi Petera Jacksona, gardziłem tą dziecinną trylogią od Disneya. Stało się jednak ciekawie, bo postanowiłem nadrobić stare książki, czytając je córce do snu. Do tamtej pory myślałem, że książki C. S. Lewisa to takie jakby podróbki Tolkiena dla młodszego czytelnika. Jednak z każdą stroną "Lwa, czarownicy i starej szafy", coraz bardziej fascynowało mnie piękno języka, umiejętność autora do takiego opisywania wydarzeń i postaci, które z miejsca oczarowało małą Emilkę. Nawet nie wiem po którym rozdziale, ale dosyć szybko wiedziałem, że najprawdopodobniej właśnie odkryliśmy w tej starej książce prawdziwy skarb dziecięcej literatury. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że przebije on w moich oczach dokonania samego Tolkiena. Nic jeszcze nie zapowiadało wielkiego dzieła. Po prostu czytałem znaną mi już przecież całkiem nieźle historię, którą kiedyś oglądałem w dwóch różnych filmach – telewizyjną produkcję BBC oraz kinowy film Disneya – uznając, że książka jest ciekawsza. Po przeczytaniu pojedynczego opowiadania, wyłapywaliśmy z moją uważną słuchaczką lektury różnice między książką a filmem. Jeśli ktoś nie przepada za pierwszym opowiadaniem z tej serii, powinien wiedzieć, że to jedynie prosty w odbiorze wstęp do czegoś znacznie większego, dalekiego od prostych opowiadań dla najmłodszych. Z każdą kolejną częścią "Opowieści z Narnii" wydawały mi się coraz lepsze, a konsekwentnie i przemyślanie rozbudowywany świat, stawał się coraz ciekawszy, aż pochłonął nas całkowicie.

Trudno byłoby mi wybrać moją ulubioną część serii, ale zacząłbym wybór od trzeciej, czyli "Podróży Wędrowca do Świtu". Ta właśnie część najbardziej ze wszystkich rzuciła nam światło na istotne różnice pomiędzy filmami BBC oraz Disneya, a oryginałem. Swoją drogą, wszystkie te filmy uważam za znakomite. Po prostu skrócenie historii do znośnego czasu trwania filmów oraz mini-serialu, a także pewnie także jakieś ograniczenia techniczne – przynajmniej w przypadku starszych produkcji – wymusiły wiele zmian. Nie są to jednak zmiany nachalnie ingerujące w fabułę, które zmieniałyby znacząco przesłanie wielu scen i za to cenię sobie twórców każdego z filmów. Nie wiem, czy dziś udałoby się nakręcić rzetelną adaptację choćby planowanej od dawna czwartej części od Disneya, czyli "Srebrnego krzesła". Jest bowiem tak, że wszystkie te książki wypełnione są Ewangelią i to bardziej dosłownie, niż mógłbym to sobie dawniej wyobrazić. Tęczowy Disney LGBT+ spaliłby się jak przy dotknięciu wody święconej, gdyby ktoś tam w studio postanowił chociaż w części rzetelnie przenieść jedno z opowiadń na duży ekran. Biorąc pod uwagę, jak wiele z chrześcijańskiego przesłania udało się pokazać w wysokobudżetowej trylogii Disneya, to z perspektywy tych lat, które upłynęły od premier trzech części – kiedy boleśnie doświadczamy antykulturowego skrętu produkcji Disneya – aż dziw bierze, że nikt nie ocenzurował tej disneyowskiej wersji w XXI wieku.
Kiedy czytałem wszystkie rozdziały, niektóre fragmenty powtarzałem, bo nie mogłem wyjść z podziwu, jak pięknie poukrywane zostały tam dosłowne wartości chrześcijańskie. Czytając to wszystko, od razu wyobrażałem sobie, co z tego będę chciał później opisać, ale ostatecznie jest tego zbyt wiele, aby skupiać się na poszczególnych odniesieniach. Od "Lwa, czarownicy i starej szafy", w której jesteśmy świadkami, poświęcenia życia Stwórcy za grzechy człowieka, zmartwychwstania, odkupienia win, przez "Księcia Kaspiana", w którym najbardziej zapamiętałem pokusę zawarcia paktu z diabłem, czyli czarownicą, po wniebowstąpienie rycerskiej myszy za życia albo demonicznego opętania i egzorcyzmów w "Srebrnym krześle", myślałem, że nie da się już napisać nic, co po tym wszystkim może zaskoczyć. Myliłem się. Kolejny tom z pozostałymi rozdziałami, których o dziwo nikt nigdy nie postarał się zaadaptować na potrzeby filmu albo serialu, udowodnił, że nie tylko można jeszcze czytelnika zaskoczyć, ale możliwe, że nawet przebić poprzednie opowiadania. Prawdopodobnie w dzisiejszych zlaicyzowanych czasach temat fałszywych bogów oraz proroków jest zbyt kontrowersyjny. Nieważne, że odważne i waleczne dziewczyny nawet wpasowują się w potrzeby dzisiejszego zideologizowanego kina, ale chyba te dziewczęce i kobiece postaci są... zbyt kobiece jak na dzisiejsze standardy, a chłopcy zbyt mężni i honorowi?
Ale to nie koniec zaskoczeń. Prawdziwego zawrotu głowy dostajemy w opowiadaniach o genezie Narnii. Miałem wrażenie, że z każdym kolejnym opowiadaniem czytelnik dorasta do wagi przygód, o których czyta. Autor jakby wymagał od niego więcej i więcej, wierząc i ufając jego inteligencji. Fakt, że C. S. Lewis pisał te książki dłużej, niż planował i dzieci, dla których je napisał wyrosły, zanim dokończył sagę. Wraca on nawet w późniejszych opowiadaniach do "Starego Testamentu", w końcu dotykając tematu starej magii, znacznie starszej od tej, którą znamy z "Lwa, czarownicy i starej szafy", do pierwszego grzechu, do stworzenia świata i do śmierci oraz tego, co czeka po niej. To ostatnie jest chyba największym zaskoczeniem. Nie mogę i nie chcę zdradzać nic z fabuły, ale nie mogę się powstrzymać od choćby wzmianki, że sposób, w który oglądamy życie po śmierci – Niebo, piekło i czyściec – to już objaw geniuszu C. S. Lewisa. Zakończenie drugiego tomu jest zwieńczeniem mojej ulubionej historii z gatunku fantasy, choć tak naprawdę, to do końca sami nie wiemy, na ile jest to fantasy, a na ile po prostu opowieść o życiu, śmierci i wszystkim co przed nimi i po nich. To jest saga do czytania przez wiele pokoleń, które nadejdą. Nigdy się też nie zestarzaje, bo zawiera w sobie znacznie więcej pozytywnych wartości, niż wszystkie "Pottery" tego świata, a do tego wyraźnie odróżnia dobro od zła, co nie jest już standardem w dziełach filmowych i literackich dla najmłodszych.
Sierpień 2023
Comments