"Dzieci kapitana Granta" by Juliusz Verne
- Michał Krzycki
- 21 kwi 2024
- 5 minut(y) czytania
To jedna z moich do niedawna zaległych książek, która jakimś cudem przetrwała nienaruszona od 1982 roku, czyli od kiedy żyję. Ponad czterdzieści lat zalegała na półkach dwóch mieszkań, a jedyne co z niej znałem to obrazki, bo często za dzieciaka oglądałem je bez czytania, jako że czytanie takich grubych książek i w ogóle czegokolwiek poza komiksami wydawało mi się wtedy absurdalnym wyczynem. Jednak człowiek się starzeje i tak na przykład mój tata na starość czyta w ciągu roku więcej książek, niż ja ciągu swojego dotychczasowego życia. Wniosek z tego przydługiego wstępu jest taki, że do czytania większość z nas chyba po prostu musi dorosnąć. Tu spoiler – książkę przeczytałem, nie było jednak łatwo, wydawało mi się, że będę się męczył aż do jej końca, bo czytanie zdawało się stać w miejscu, pomimo wertowanych codziennie stron.
Widziałem, że przebrnięcie przez tak długą powieść przygodową będzie niełatwe, bo nie jest to jeden z moich ulubionych gatunków literackich, a przynajmniej nie tego typu przygody preferuję. Wolę książki przygodowo-historyczne Waltariego, a "Dzieci Kapitana Granta" to była dawniej czysta rozrywka dla młodzieży, mająca dać poczuć się czytelnikom, jakby sami zwiedzali świat i to w czasach, gdy pewnie trudno było o atlas geograficzny. Dzisiaj ludzie oglądają filmy dokumentalne w wysokiej jakości, każdy zakątek świata wydaje się zbadany, a wielu podróżuje po świecie i tego typu książki nie mają szans być odkrywcze, starzejąc się, zostają zaledwie zapisem przeszłości. Miałem jednak nadzieję, że wciągnę się najzwyczajniej, tak jak wciąga się widz śledzący jakikolwiek długi serial telewizyjny. Nie było to jednak takie proste, jak mogło mi się to z początku wydawać, bo o ile niewiarygodna i raczej mało możliwa akcja ze znalezieniem listu w butelce zaczęła się dosyć szybko, sama podróż morska nie wydała mi się ani trochę ciekawa. Nie ratowały tego wrażenia wielokrotne zejścia na ląd. Nie jest to jedynie zarzut subiektywny, te same opinie czytałem już na forum, a mianowicie nieznośne encyklopedyczne wykładanie czytelnikom ciekawostek naukowych, które trudno sobie dziś wyobrazić, że mogły dawniej rajcować czytelników. Dobrze, przyznam takiemu podejściu sens, bo nie da się zarzucić pisarzowi, że dzielił się zbyt rozległą wiedzą, która była albo jest nieprzydatna. Wiele rzeczy bardzo się zmieniło od czasu napisania "Dzieci Kapitana Granta", ale jakże wiele pozostało niezmienionych... Głupszy od zapamiętania choćby paru procent z podanych w tej grubej książce faktów nie będę. Tylko że książka przygodowa to ma być ekscytująca podróż pełna niebezpieczeństw, a nie wykład na uczelni. Trzeba powiedzieć jasno – kosztem tempa i ogólnego wrażenia z czytania, autor podzielił się z czytelnikiem całą masą naukowych detali i maksymalnym urealnieniem podróży bohaterów. Czy było warto? Nie każdy będzie w stanie przez to przebrnąć.

Początek opowieści, choć mało wiarygodny, zapowiada ciekawą lekturę, bo i akcja przenosi się w całkiem krótkim czasie w kilka miejsc. Bohaterowie zdają się być interesujący, ale dla mnie bardziej ze względu na tak mocną inność od tych dzisiejszych ludzi, niż ze względu na jakieś specyficzne cechy, umiejętności. Raczej chodzi o miłą odmianę, bo dawniej inaczej wyglądała kobiecość, męskość, a i dzieci zachowywały się, jakby chciały dorosnąć szybciej, tyle że nie pod względem wygód, ale z chęci bycia odpowiedzialnym i pomocnym. Niestety, dłuższe obcowanie z załogą Duncana zaczyna męczyć zanim jeszcze opuści ona pokład daleko od Europy, czyli punktu wyjściowego.
Znudzenie czytelnika powoduje zbyt mała dramaturgia wydarzeń, niekończące się uprzejmości każdej z postaci i jeszcze więcej encyklopedycznych ciekawostek naukowych, których i tak nie jesteśmy w stanie zapamiętać, więc przelatują one niczym prognoza pogody, podczas której zamyślamy się tak mocno, że kiedy się kończy, pytamy osoby obok nas na kanapie – "to w końcu ile będzie stopni?".
Subiektywnie dodam, że nie podoba mi się żadna przygoda na oceanie, ani w Ameryce Południowej, a nawet nie wierzyłem, że coś jeszcze ciekawego może mnie czekać na kolejnych stronach książki, tak bardzo przygody na kontynencie amerykańskim wydały mi się monotonne, jak te pustkowia przemierzane przez bohaterów.
Całość zaczęła nabierać rumieńców dopiero w drugiej połowie książki, kiedy poszukujący Kapitana Granta podróżnicy trafili do Australii. Chyba mały to spoiler, jeśli napiszę, że w całej książce chodzi właśnie o podróż po całej kuli ziemskiej, więc odwiedzonych miejsc możemy się spodziewać niemało. Nie chodzi nawet o to, że kraina Aborygenów jest ciekawsza od reszty zaliczonych podczas podróży krajów, ale o samych ludzi, jakich spotykają po drodze tytułowe dzieci oraz reszta załogi. Pierwszy raz mają oni do czynienia z bezwzględną podłością i śmierć zagląda im w oczy znacznie bardziej namacalnie, niż podczas dotychczasowych dramatycznych wydarzeń. Może jest w tym coś, co znam z seriali telewizyjnych, czyli zżycie się z bohaterami opowieści ze względu na długi czas spędzony "z nimi". Pamiętam telenowele, na które byłem skazany podczas obiadów w latach 90-tych. W ogóle nie interesowały mnie te historie, ale chcąc nie chcąc po latach patrzenia na te tanie romanse, ciekaw byłem, jak to wszystko się skończy. Podstępność przestępców, którzy w niedawno odkrytej Australii byli codziennością nie inną od tej z realiów Dzikiego Zachodu, w zderzeniu z niewinnością części załogi Duncana oraz szlachetnością tych dzielniejszych, powoduje mały szok, bo do tej pory żadnego zagrożenia nie można było traktować z zbyt poważnie – wszystkie te zdarzenia od porwania po katastrofy pogodowe, dzikie zwierzęta i tak dalej, od razu pachniały dramatyzowaniem, które po prostu musi skończyć się dobrze. Wraz z nowym punktem podróży, czyli Australią, to się zmienia. Kiedy naszym bohaterom zostaje jakby wbity nóż w plecy, wszystko czyta się lepiej. Kiedy zależy nam na ich bezpieczeństwie, bo autor zdejmuje parasol ochronny i zostawia nas w niepewności niemal do końca książki, wszystko zmienia się na lepsze – z perspektywy czytelnika rzecz jasna, nie bohaterów, którzy mają przechlapane. Kiedy już wydaje nam się, że gorzej być nie może, Australia okazuje się wcale nie być ostatnim lądem, który wita i żegna zrezygnowanych bohaterów w nieprzyjemny sposób. Chcę tylko podkreślić, że jeśli ktoś wytrzyma do połowy książki, dalej powinien mieć już z górki.
"Dzieci kapitana Granta" mają jeszcze tę zaletę, że chociaż zostały napisane przez Juliusza Verne'a w czasach już porewolucyjnej Europy Zachodniej, powieść zawiera ogrom wartości, które dziś kręcą łezkę w oku czytelnika, wywołując tęsknotę za czasami ludzi honoru, bogobojnymi, pracowitymi, odważnymi nastolatkami, kobiecością dziewczyn, polowaniem na zwierzynę w warunkach przetrwania jako oczywistością, światem nie do końca jeszcze odkrytym, pełnym niewiadomych, lądami czekającymi na ich opisanie, na poznanie ich historii oraz człowieka nie jako tego, który według Discovery / National Geographic jest "nowotworem planety", ale wyjątkowego stworzenia, którego misją jest "czynienie sobie ziemi poddaną".
Nie bez znaczenia jest wydanie z 1982 roku, które posiadam. Data ma wpływ na opisy związane z historią lub polityką, rzecz jasna już mniej z geografią. Ciekaw jestem, czy w nowych wydaniach jest odnośnik do hasła "loże masońskie". Jeśli tak, to co zastanawiam się, co by tam dziś napisano, bowiem tamtejsi cenzorzy PRL, propagandyści tego słusznie minionego ustroju lat musieli mieć ciekawą pracę, znajdując podobne hasła i obowiązkowo redagując je zgodnie ze słynną już "Czarną Księgą Cenzury PRL".
Kwiecień 2024
Comments