top of page

"451° Fahrenheita" by Ray Bradbury

  • Zdjęcie autora: Michał Krzycki
    Michał Krzycki
  • 12 wrz 2023
  • 3 minut(y) czytania

Nie trzeba mnie było zachęcać do nadrobienia klasyki, ponieważ mój absolutnie ulubiony film w kategorii fantastyczno-naukowej dystopii, czyli "Equilibrium" Kurta Wimmera (2002 r.) z niezapomnianym Christianem Balem w roli głównej, był zainspirowany książką Raya Bradbury'ego. Brytyjska wersja z 1966-go roku bliższa jest oryginałowi i chociaż obejrzałem ją przed przeczytaniem książki, nie stała się ona przez to gorzej odebrana. Po prostu wizja reżyserska w tamtym filmie była tak mocna, że czytając, uzupełniałem ją w głowie o nowe elementy. Nie polecam jedynie filmu Netflixa z 2018-go roku, bo poza znakomitą rolą antagonisty granego przez Michaela Shannona, nic nie jest tam warte uwagi. Rzadko sięgam po książkę znając jej adaptacje filmowe, ale tym razem nie miało znaczenia, czy znajomość filmów mogła mi zepsuć zaskoczenie, bo taki pomysł jak straż pożarna przyszłości, paląca książki niczym Policja Myśli w orwellowskim "Roku 1984" to rzecz tak wyjątkowo trafiona, że z góry wiedziałem, że lektura nie będzie przeciętna.

Okłada nowego wydania, które kupiłem.

Chociaż nie wiem, który autor był pierwszym, co to wpadł na ten wyśmienity pomysł, aby protagonistą idącym pod prąd systemowi totalnej kontroli zrobić postać będącą wcześniej istotną częścią tegoż, ta formuła – często powtarzana w tego typu opowieściach – sprawdza się doskonale. Nie chodzi o to, aby autor mnie zaskoczył zmianą myślenia protagonisty. Interesują mnie inne szczegóły, jak na przykład wiza świata przyszłości i analogie do świata współczesnego oraz powody, dla których protagoniści w takich książkach decydują się na zmianę strony konfliktu, a później postawienia wszystkiego na jedną kartę. Dlaczego jest to takie ciekawe? Może jest to sposób na pocieszenie samego siebie. Ilu dzisiaj jest w stanie postawić na szali swoje bezpieczeństwo albo chociaż wygodę, ale iść pod prąd? Te książki o dystopiach zawsze są pełne analogii do czasów, w których zostały napisane. Mało osób zaprzeczy, że większość jest nadal całkiem aktualna. Ich autorzy mogli mylić się do tego, w jakim dokładnie kierunku zmierzy technologia, ale zazwyczaj mieli rację co do zasady postępującego zniewolenia i powszechnego ogłupienia mas.


Moją książkę pozaznaczałem niemal całą ołówkiem – tak wiele z tekstu chciałbym dobrze zapamiętać. Wybranie jednego ulubionego fragmentu byłoby niesprawiedliwym wyróżnieniem na tle pozostałych, ale dokładnie pamiętam, które elementy książki zrobiły na mnie największe wrażenie, a były to:

  • Kontrast wesołej postaci Clarisse na tle ponurego Guya Montaga, ich dyskusje, dzięki którym poznajemy więcej niż charaktery postaci, ale lepiej rozumiemy świat przyszłości zarysowany na kartach powieści;

  • Surowy i diabelnie przenikliwy przełożony Montaga kapitan Beatty, który dodatkowo na koniec okazuje się postacią nie tak oczywistą jak w filmach, co rusz rzucającą na lewo i prawo fenomenalnymi cytatami przeczytanych przez siebie książek (konfrontacja słowna obu postaci jest niezapomniana);

  • Małżeństwo Montagów i nie tylko technologiczne aspekty zniewolenia, ogłupienia, uzależnienia mieszkańców od prostych rozrywek na przykładzie żony Lindy, ale smutny opis izolacji, obojętności, rozpadu związku i beznadziejne próby ratowania go oraz przy okazji ryzykowne ratowanie własnego człowieczeństwa;

  • Konfrontacja oświeconego już książkami protagonisty z bezmyślną tłuszczą, którą jest jego sąsiedztwo wizytujące żonę Lindę oraz niezapomniana reakcja gości na tekst recytowanej książki;

  • Historia ogłupienia ludzkości krok po kroku, częściowo wytłumaczona lenistwem;

  • Przewidziana dzisiejsza "kultura unieważniania" i to na konkretnych przykładach.

A jednak po zastanowieniu postanowiłem nieco losowo podzielić się takimi niesamowitymi fragmentami jak te poniżej:


“Był pan kiedyś w jakimś muzeum? Tam dopiero mają same abstrakcję, tylko i wyłącznie. Nic poza tym. Wujek mówi, że kiedyś było inaczej, że dawno temu obrazy wyrażały różne rzeczy, niektóre nawet przedstawiały ludzi.”


“Nikt już nie słucha. Nie mogą mówić do ścian, bo one na mnie krzyczą, nie mogą rozmawiać z żoną, bo ona słucha ścian."


Czytając i przeżywając tę książkę, doszedłem do smutnego wniosku, że czasami może nawet nie warto starać się mówić do osób, które dawno temu postanowiły nie czytać wartościowych lektur. Wcześniej nie posądzałbym siebie o takie myślenie, ale "451° Fahrenheita" ma tak wiele emocjonalnie dewastujących momentów, że nie mogę zignorować faktu, że świat naprawdę dzieli się na tych, którzy czytają wartościowe książki oraz na tych, którzy z lenistwa nieświadomie przykładają się do budowy antyutopii.


Wrzesień 2023

Comments


bottom of page